czwartek, 7 grudnia 2017

Retro krzyżyki

Kiedy minął już poślubny rozgardiasz, pozwoliłam sobie zrobić jeszcze jeden hafciarski prezent - oprócz stojaka do tamborka ;) Ponieważ chodziły za mną już od dłuższego czasu wzory stworzone przez Veronique Enginger, zamówiłam sobie jedną z jej książek, idealnie wpisującą się w tematykę zbliżających się Świąt. "La magie de Noel" :) Projekty w niej ukryte są delikatne, nieco retro, bardzo klimatyczne i muszę powiedzieć, że bardzo przyjemnie się je haftuje.
Na początek zabrałam się za jeden z niewielkich wzorków - szukałam czegoś, co można byłoby przeznaczyć na kartkę świąteczną, którą chciałam przekazać na aukcję na rzecz podopiecznych Króliczego Zakątka w Lublinie. Ze względu na organizację szukałam czegoś, co chociaż trochę wiązałoby się z króliczą tematyką i nawet udało mi się coś znaleźć ;)



Haft nakleiłam na bazę do robienia kartek, którą w zeszłym roku kupiłam bodajże w Biedronce. Teraz aż żałuję, że kupiłam tylko jeden komplet, w którym było tylko kilkanaście kartek z kilkoma wzorami.
Po tym drobiazgu postanowiłam zrobić też coś dla nas. Ponieważ metraż u nas nie jest zbyt duży, co roku mamy kilkudziesięciocentymetrowe krzaczki, delikatnie obwieszone ozdobami. Tym razem mam zamiar dorobić do naszej małej choinki drugą, haftowaną. Prace jeszcze trwają, ale mam nadzieję, że niedługo uda mi się skończyć.


Backstitche dodadzą całości niezwykłego uroku.



Nie wiem dlaczego, ale mojemu M. ciasta we wzorze kojarzą się z... szynkami i mięsami :P W związku z tym ostatnio cały czas słyszę, że poświęcam czas mięsnej choince. Może jak już skończę całość, skojarzenia trochę mu się poprzestawiają ;)


No i muszę się z Wami podzielić jeszcze jedną rzeczą - będę miała przyjemność testować jeden z wzorów Belle & Boo opracowanych przez Chagę z bloga Pasje odnalezione. W związku z tym czym prędzej zaopatrzyłam się w wymaganą tkaninę i już nie mogę doczekać się pracy :) A przy okazji uzupełniłam też nieco swoje zapasy muliny ;)


Do napisania - mam nadzieję, że szybciej niż ostatnio.

środa, 4 października 2017

Igłą po kanwie

Nie mogę zacząć od niczego innego, jak od podziękowania za tych kilka ciepłych słów, które znalazłam pod poprzednim wpisem - dziękuję :)
Sierpień był nieco szalony, chaotyczny i dużo się w nim działo, żyliśmy w ciągłym niedoczasie, panikując i zastanawiając się, o czym jeszcze zapomnieliśmy, co jeszcze wypadałoby załatwić, ogarnąć, zorganizować, dopiąć... Wszyscy, którzy brali ślub na mniejszą lub większą skalę, mniej więcej wiedzą, o czym piszę. No ale miesiąc skończył się tak, jak chcieliśmy i naprawdę nie mogliśmy narzekać :)
Myślałam, miałam nadzieję, że we wrześniu minie nam trochę to zmęczenie po ciągłym biegu, ale jak już raz się wpadło w rytm weekendowych wypadów, spotkań, wizyt i wyjść, trudno jest się przestawić. Dwa tygodnie po ślubie i niecały tydzień po powrocie z poślubnego tygodnia W Edynburgu jechaliśmy na przykład z Warszawy pod Głogów z kolegą Maćka, który chciał skoczyć z 220-metrowego komina i poprosił nas o wsparcie psychiczne. Cóż, ludzie mają różne pomysły na spędzanie czasu wolnego ;) A ja chyba nadal lubię relaksować się między innymi przy stawianiu krzyżyków.

Ostatnio hafciarsko wciąż jestem monotematyczna i walczę z Computer Wizardem Randala Spanglera. Mam poczucie, że jeśli odłożę ten haft chociaż na chwilę, nigdy go nie skończę :P Nie mam pojęcia, jak niektóre z dziewczyn z blogów, które podglądam, znajdują czas i jaką mają technikę, że są w stanie duże obrazy skończyć na przykład w pięć miesięcy. Ja dziś skończyłam czternastą stronę haftu. A za kilka dni miną dwa lata od chwili, kiedy postawiłam na kanwie pierwszy krzyżyk... Cały wzór mieści się na 81 stronach, więc stosując prostą matematykę można założyć, że całość skończę za jakieś... 9lat? Ile może się wydarzyć w ciągu 9 lat :P Chyba powinnam jednak trochę przyspieszyć z tym olbrzymem.
No dobrze, to może na pocieszenie podzielę się moimi ostatnimi postępami? ;)

Tak było 8 lipca:


Kolejne zdjęcie mam już z 19 września - zrobione po ślubnej zawierusze i podróżach.
Trzynasta strona w pełnej krasie.



Trzeba było przesunąć materiał na tamborku, więc skorzystałam z okazji i zrobiłam zdjęcie wygniecionej całości.


A że dzień później wylądowałam na L4 przez moje notorycznie jesienią dające się we znaki zatoki, miałam prawie tydzień wolnego. Skończyło się na tym, że głównie spałam, czytałam, czasem coś obejrzałam, no i haftowałam... Gdybym siedziała w domu i nie pracowała, prawdopodobnie faktycznie skończyłabym cały obraz w rok, bo przyspieszenie miałam niezłe.
20 września:


22 września:


No i dziś dokończona czternasta strona wzoru, haftowana od 19 września do 4 października (poprzednią haftowałam od lipca do września...):


Jest progres :) Zastanawiam się teraz, na ile pomocny jest w tym lekkim przyspieszeniu mój mały prezent ślubny, który sobie sprawiłam, jak tylko ogarnęliśmy kwestie finansowe po ślubie. Bo nie mogłam się powstrzymać i zaraz po powrocie z Edynburga zamówiłam stojak do haftu, który kiedyś podpatrzyłam na blogu Pasje odnalezione. Do tego zamówiłam sobie trzy tamborki w różnych rozmiarach, ale jak na razie wciąż towarzyszy mi tamborek Singera po prababci - 25 cm średnicy idealnie pasuje do tego haftu.


Może dzięki niemu będzie szybciej ;)
Do napisania! Może następnym razem uda mi się przemycić kilka słów o Szkocji - jestem w niej szczerze i niezmiennie zakochana.

czwartek, 21 września 2017

Trochę inna ja :)

Zaczęło się niewinnie... Trochę "zwyczajnie", jak u wielu innych, na przykład u moich rodziców ;) Jeden kolega przyprowadził drugiego na wspólne piwo ze znajomymi. Było dużo śmiechu, dużo dziwnych rozmów, głupkowatych żartów, siedzenie do późna i grupowe wracanie zygzakiem do domu. Kto studentom zabroni. Nie zwróciliśmy na siebie uwagi, nie było uderzenia pioruna, motyli w brzuchu, miłości od pierwszego spojrzenia. Była sympatia i myśl, że kolejny pozytywny świr dołączył do naszej dziwnej paczki ;) I tak to się potoczyło. Wspólne grupowe wyjścia, rowerowe masy krytyczne, zaczęły się spacery, spotkania, rozmowy. Pojawił się haftowany Włóczykij, jedyny, którego zrobiłam i którego dla nikogo więcej nie powtórzę, pojawiły haftowane kocie i fotograficzne upominki. Tak, haft też miał swój wkład w ten związek :) Ile się wydarzyło i zmieniło od lutego 2012, kiedy się poznaliśmy, od lipca 2012, kiedy przestaliśmy być dla siebie tylko znajomymi...
26 sierpnia 2017 z jednej strony niewiele zmienił w naszej relacji, ale z drugiej - zmienił wszystko :)







Obyśmy nigdy nie byli do końca normalni ;)


P.S. A wiecie o co poprosiliśmy zamiast kwiatów? O książki. I mamy teraz ponad 1,7 m książek, na które ledwo wystarczyło nam miejsca :P


P.S.2 Moją sukienkę ślubną i Maćkową muchę uszyła niezastąpiona Klara z bloga A Robot Heart - o samej sukience pisała nawet wczoraj TU :) Zdjęcia robili nam świetni Szustakowscy.pl, a malowała mnie Kasia z Fancy Look Makeup. No i fantastyczna Nika Huńkowska ułożyła mi przepiękny bukiet i stroik do włosów, przygotowała dla panów bukieciki do butonierek i udekorowała nam cały samochód... Każde z nich zasługuje na podziękowania, bo dzięki nim ten dzień był jeszcze piękniejszy :)

niedziela, 18 czerwca 2017

Panie dzieju... czyli haft i nie tylko :)

Haft ostatnimi czasy wrócił do łask, więc i ja postanowiłam wrócić na chwilę. Od stycznia tyle się działo, że trudno było mi przysiąść nad krzyżykami i skończyło się na tym, że przedostatnią stronę wzoru Computer Wizard haftowałam od 29 grudnia 2016 do... 10 maja 2017 roku. Biję własne rekordy. No ale nie mogłam, jakoś mi nie szło. Obrazek leżał w dedykowanym sobie pudełku, nie kurzył się, czas płynął, a ja nawet nie miałam specjalnie wyrzutów sumienia. Dopiero około kwietnia zlitowałam się nad wielkoludem i postanowiłam dokrzyżykować tych kilkanaście brakujących linijek krzyżyków.
Ale może po kolei. Bo z tego, co widzę na blogu, ostatnio na tamborku była prezentowana pierwsza strona drugiej linijki wzoru, a obecnie jestem już przy trzeciej ;) Także dla przypomnienia, 31 października 2016 było tak:


W międzyczasie dokończyłam stronę i taki był stan na 29 grudnia 2016:


Dopiero w maju 2017 dokończyłam drugą stronę w drugim rzędzie i właściwie od razu, już siłą rozpędu, przeszłam do trzeciej:


Na szczęście igła znów zaczęła dobrze leżeć w dłoni i na razie nie odpuszczam. W ostatnich dniach haft szedł mi dużo sprawniej i mogę cieszyć się efektami. Nie czaję się już na te wszystkie kolory gnieżdżące się na proporcach, po prostu sukcesywnie je uzupełniam. I chyba jest dobrze :) Do tego miałam czasem małego pomocnika obok, na którego trzeba uważać, bo podgryza co tylko się da.




Stan na dziś prezentuje się jak niżej. Oczywiście od momentu zrobienia zdjęcia do tworzenia teraz wpisu zdążyłam jeszcze dostawić kilkanaście krzyżyków :P Ale te postępy pokażę już następnym razem.


W sumie w ciągu ostatniego pół roku wyhaftowałam jeszcze dwie rzeczy - przy czym jedną skończyłam, a druga nadal leży i czeka na zlitowanie. Jakoś nie miałam nacięcia, żeby wziąć się za backstitche i tak się biedna makowa panienka nie może doczekać konturów. Panna występuje w czerni i muszę przyznać, że już teraz jest jej w niej do twarzy. Myślę, że linie jeszcze to podkreślą. Jak już je kiedyś postawię ;)


Poza nią w lutym na zamówienie koleżanki z pracy wyhaftowałam sowę, która stała się prezentem dla jej siostry. Sowa należy do trio pisklęcego, ale całość byłaby za duża, a Uli zależało na tym, żeby pierzaste stworzenie zmieściło się w niewielkiej ramce. No i chyba się udało.




Kiedyś już haftowałam te sówki i jestem nimi niezmiennie zauroczona. Tria ptasie są pięknymi i wartymi wykrzyżykowania wzorami. Sówki, które wyhaftowałam w 2012 roku możecie podejrzeć tu: TRIO.

Na dziś to w sumie tyle. Chciałam się z Wami jeszcze tylko podzielić jedną rzeczą, która zaprząta moją głowę od stycznia. Ponieważ jesteśmy niecierpliwi, w przeciągu niecałych dziewięciu miesięcy ogarniamy wydarzenie, na które niektórzy poświęcają dwa lata. Cóż, tak już mamy ;)

Pod koniec sierpnia zostanę żoną :)