Ponieważ powoli zapadam w przedzimowy sen, dziś będzie krótko.
Ósma strona skończona - jeszcze tylko 2.080 krzyżyków i skończę pierwszy rządek Computer wizarda. Wychodzi na to, że haftuję go już prawie rok...
Poza tym Lugana kupiona, podobnie jak szesnaście motków czarnej muliny. Escher się zbliża ;)
Spokojnego wieczoru, mam nadzieję, że nie marzniecie tak jak ja.
środa, 12 października 2016
poniedziałek, 19 września 2016
Monotematycznie... prawie ;)
Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będę bardzo monotematyczna hafciarsko... Chyba że nagle coś mnie natchnie, wygospodaruję z konta trochę środków i dokupię materiały do kolejnego dużego projektu, do którego kupiłam już wzór. Co poradzę, że była promocja, M. bardzo lubi Eschera, a ja miałam ochotę na jakiś ładny akcent, który będzie można kiedyś powiesić na ścianie ;)
No, więc kiedy będzie mi się zdarzało mieć dosyć komputerowego czarodzieja, będę miała po co sięgać. Circle Limit M.C. Eschera, projekt HAED.
Różni się od Spanglera tym, że wzór jest jednak nieco mniejszy, ma "jedynie" 438 na 440 krzyżyków - dla przypomnienia, wzór Spanglera ma ich 525 na 751. Zastanawiam się, na czym haftować motyle i na razie wygrywa Lugana 25 ct. Nigdy jeszcze na niej nie haftowałam, tu haft byłby co jedną nitkę, czyli byłoby dużo drobiazgu do wyhaftowania i musiałabym być bardzo skupiona, żeby gdzieś się nie pomylić. Przy takim materiale obrazek powinien spokojnie zmieścić się w polu 50x50 cm. Muszę powiedzieć, że trochę mi na tym zależy, bo przez to, że do Computer Wizarda wybrałam kanwę 16 ct, całość będzie miała ponad metr wysokości... Jeden taki olbrzym mi wystarczy ;)
A jak mi idą postępy przy Spanglerze? Dla przypomnienia, całość wygląda tak:
Ja jestem dopiero na początku, to znaczy, robię dopiero pierwszy rządek... A dokładniej ósmą z ośmiu i pół strony w pierwszym rzędzie. Z grubsza licząc mam na razie za sobą 36000 postawionych krzyżyków. Podejrzewam, że to niedużo, jak na prawie rok hafciarskiej pracy - Spanglera zaczęłam w drugiej połowie października zeszłego roku i z przerwami haftuję go do dziś. Jest bardzo prawdopodobne, że nie skończę go i przez następnych pięć lat :P W poprzedni weekend skończyłam siódmą stronę, a wszystko dzięki wygodnej miejscówce i dobremu oświetleniu, do którego zmusza mnie M.
Przy robieniu zdjęć irytuje mnie, że czasem bardziej widać prześwity spod muliny, a czasem nie. Na żywo nie rzuca się to tak bardzo w oczy i podejrzewam, że po upraniu całości mulina jeszcze ładniej rozłoży się na kanwie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Poza tym na każdej nowej stronie sprawdzam, jak haftuje mi się najlepiej. Było już haftowanie plamami kolorów, które rozrzucone były po całej stronie, potem eksperymentowałam z parkowaniem, następnie bawiłam się w zaznaczanie kropkami robionymi spieralnym pisakiem kolejnych kolorów, żeby nie zerkać co chwila na wzór, a teraz znów wróciłam do haftowania kolorami, ale konsekwentnie idę od lewej strony od dołu, do pomocy mając rozrysowaną spieralnym pisakiem Prym kratkę. Zobaczymy, jaki pomysł dopadnie mnie później ;) A dziś ósma strona wygląda tak:
Pojawiają się maleńkie, rozmazane obrazy. Przy drugim rzędzie, który już niedługo, gdzieś po środku pojawi się szczyt głowy smoka :) Już się nie mogę doczekać...
A, wiem, że może nie jest to moje najpiękniejsze dzieło, ale skończyłam też wczoraj moją małą torebkę z koszuli :)
Częściowo zszywałam ją ręcznie, potem zaczęłam bawić się maszyną do szycia. Nie obyło się bez prucia i eksperymentów, złorzeczenia na plączące się nitki i walki z igłami, ale powoli oswajam to stare urządzenie, które należało do mojego dziadka. Jak ktoś miał styczność z takim lub podobnym Singerem, nie obrażę się, jeśli coś doradzi lub podpowie ;) Na razie dopiero się zaprzyjaźniamy i mam nadzieję, że nie będzie to trudna przyjaźń...
No, więc kiedy będzie mi się zdarzało mieć dosyć komputerowego czarodzieja, będę miała po co sięgać. Circle Limit M.C. Eschera, projekt HAED.
Różni się od Spanglera tym, że wzór jest jednak nieco mniejszy, ma "jedynie" 438 na 440 krzyżyków - dla przypomnienia, wzór Spanglera ma ich 525 na 751. Zastanawiam się, na czym haftować motyle i na razie wygrywa Lugana 25 ct. Nigdy jeszcze na niej nie haftowałam, tu haft byłby co jedną nitkę, czyli byłoby dużo drobiazgu do wyhaftowania i musiałabym być bardzo skupiona, żeby gdzieś się nie pomylić. Przy takim materiale obrazek powinien spokojnie zmieścić się w polu 50x50 cm. Muszę powiedzieć, że trochę mi na tym zależy, bo przez to, że do Computer Wizarda wybrałam kanwę 16 ct, całość będzie miała ponad metr wysokości... Jeden taki olbrzym mi wystarczy ;)
A jak mi idą postępy przy Spanglerze? Dla przypomnienia, całość wygląda tak:
Ja jestem dopiero na początku, to znaczy, robię dopiero pierwszy rządek... A dokładniej ósmą z ośmiu i pół strony w pierwszym rzędzie. Z grubsza licząc mam na razie za sobą 36000 postawionych krzyżyków. Podejrzewam, że to niedużo, jak na prawie rok hafciarskiej pracy - Spanglera zaczęłam w drugiej połowie października zeszłego roku i z przerwami haftuję go do dziś. Jest bardzo prawdopodobne, że nie skończę go i przez następnych pięć lat :P W poprzedni weekend skończyłam siódmą stronę, a wszystko dzięki wygodnej miejscówce i dobremu oświetleniu, do którego zmusza mnie M.
Przy robieniu zdjęć irytuje mnie, że czasem bardziej widać prześwity spod muliny, a czasem nie. Na żywo nie rzuca się to tak bardzo w oczy i podejrzewam, że po upraniu całości mulina jeszcze ładniej rozłoży się na kanwie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Poza tym na każdej nowej stronie sprawdzam, jak haftuje mi się najlepiej. Było już haftowanie plamami kolorów, które rozrzucone były po całej stronie, potem eksperymentowałam z parkowaniem, następnie bawiłam się w zaznaczanie kropkami robionymi spieralnym pisakiem kolejnych kolorów, żeby nie zerkać co chwila na wzór, a teraz znów wróciłam do haftowania kolorami, ale konsekwentnie idę od lewej strony od dołu, do pomocy mając rozrysowaną spieralnym pisakiem Prym kratkę. Zobaczymy, jaki pomysł dopadnie mnie później ;) A dziś ósma strona wygląda tak:
Pojawiają się maleńkie, rozmazane obrazy. Przy drugim rzędzie, który już niedługo, gdzieś po środku pojawi się szczyt głowy smoka :) Już się nie mogę doczekać...
A, wiem, że może nie jest to moje najpiękniejsze dzieło, ale skończyłam też wczoraj moją małą torebkę z koszuli :)
Częściowo zszywałam ją ręcznie, potem zaczęłam bawić się maszyną do szycia. Nie obyło się bez prucia i eksperymentów, złorzeczenia na plączące się nitki i walki z igłami, ale powoli oswajam to stare urządzenie, które należało do mojego dziadka. Jak ktoś miał styczność z takim lub podobnym Singerem, nie obrażę się, jeśli coś doradzi lub podpowie ;) Na razie dopiero się zaprzyjaźniamy i mam nadzieję, że nie będzie to trudna przyjaźń...
Życzcie mi powodzenia!
A i na końcu przedstawiam naszego nowego towarzysza. Teraz już nie będę mogła zostawiać haftu na kanapie, jeśli nie będę chciała mieć w nim kilku dodatkowych dziurek ;)
niedziela, 4 września 2016
Potworzenie na całego
Umiejętność szycia na maszynie zawsze mi się wydawała czymś w rodzaju wiedzy tajemnej dla cierpliwych i wierzących, że w końcu po iluś błędach przyjdzie sukces. Nie raz z resztą przebąkiwałam o tym na blogu, że chciałabym się nauczyć szyć, ale mimo wszystko jakoś nie po drodze mi było, jakoś niepewnie się z tym pomysłem czułam. No i jeszcze samo narzędzie by się do tego przydało ;)
Niezależnie od wahań wciąż mnie twórczo nosi i lubię od czasu do czasu sprawdzić czy z pomysłu, który chodzi mi po głowie, coś by jednak wyszło. Po urlopie, oczyszczeniu umysłu i porządnym zmęczeniu się w Bieszczadach i lenistwie nad Bugiem, w końcu dojrzałam do działania. I w tym momencie muszę Wam się przyznać do pewnej słabości... bardzo babskiej w sumie. Czasem zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, kiedy mogę uzupełnić swoją szafę o kilka nowych ubrań. Nie byłoby to większym problemem, gdybym też przy okazji pozbyła się kilku rzadko noszonych rzeczy. A tak czegoś przybędzie, coś nie do końca mi się podoba, coś źle leży... i tak szuflada przestaje się domykać, a M. mruczy, żebym w końcu zrobiła z tym porządek.
Kiedy tak robiłam ostatnio przegląd półek, wpadła mi w rękę koszula, którą kiedyś od kogoś dostałam i nigdy jej nie założyłam. Zawsze marzyło mi się, żeby spróbować uszyć torbę i pomyślałam, że ten materiał może się do tego nadać. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni wykrój, pobawić się nożyczkami, uzbroić się w cierpliwość, zapas nitki i dobrą igłę i do dzieła.
Koszula ma guziki, więc musiałam popracować trochę nad zszyciem planowanego przodu i tyłu, do tego do planowanej podszewki doszyłam małą kieszonkę i zabrałam się za zszywanie wszystkiego.
Na chwilę obecną całość wygląda tak. Z przodu dwie kieszonki idealnie sprawdzą się jako miejsce na różne drobiazgi. Zostało mi jeszcze obrobienie góry torby i doszycie paska. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może dorobię jeszcze jakieś zapięcie.
Powiem szczerze, że kiedy zaczynałam, nie zależało mi na jakimś spektakularnym efekcie. Chciałam po prostu zmierzyć się z tym pomysłem i sprawdzić, czy będę w stanie ręcznie uszyć coś takiego. Jak widać, da się ;)
Jak już zaczęłam pracować nad torbą i szyć ją ręcznie, nie mogłam się powstrzymać i poszłam za ciosem. Zapisałam się na warsztaty szyciowe, podczas których mogłam nauczyć się podstaw szycia na maszynie i przy okazji uszyć sobie spódnicę. Warsztaty odbyły się wczoraj w niezwykle klimatycznym miejscu, nad Stawem Otwartym w Warszawie Radość, a poprowadziła je Klara, która prowadzi bloga A Robot Heart - szczerze polecam Wam tam zajrzeć, bo Klara, która najpierw nauczyła się szyć dla siebie, a teraz zdarza jej się też szyć dla innych, tworzy naprawdę piękne rzeczy. No i pisze o tym w bardzo fajny sposób, pokazując swoje dzieła na pięknych zdjęciach. Atmosfera na warsztatach była fantastyczna, Klara miała dla nas dużo rad i całe morze cierpliwości ;) Dzięki niej na koniec dnia mogłyśmy pochwalić się takimi skarbami:
Być może nie jest to najbardziej idealnie uszyta spódnica i muszę jeszcze popracować nad jej wykończeniem, ale chyba złapałam bakcyla i teraz już tak łatwo z szycia na maszynie nie zrezygnuję. Czas zacząć ćwiczyć, uczyć się i sprawdzić, czy jestem wystarczająco cierpliwym człowiekiem ;)
Na hafciarskim froncie też trochę się dzieje. Jak na razie nie pojawił się żaden nowy wzór na horyzoncie, jestem wierna Randalowi Spanglerowi i jest szansa, że w tym tygodniu skończę siódmą stronę. Ostatnio postęp prac wyglądał tak:
Uff, nawet nie wiecie, jak lubię tworzyć nowe rzeczy :)
Niezależnie od wahań wciąż mnie twórczo nosi i lubię od czasu do czasu sprawdzić czy z pomysłu, który chodzi mi po głowie, coś by jednak wyszło. Po urlopie, oczyszczeniu umysłu i porządnym zmęczeniu się w Bieszczadach i lenistwie nad Bugiem, w końcu dojrzałam do działania. I w tym momencie muszę Wam się przyznać do pewnej słabości... bardzo babskiej w sumie. Czasem zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, kiedy mogę uzupełnić swoją szafę o kilka nowych ubrań. Nie byłoby to większym problemem, gdybym też przy okazji pozbyła się kilku rzadko noszonych rzeczy. A tak czegoś przybędzie, coś nie do końca mi się podoba, coś źle leży... i tak szuflada przestaje się domykać, a M. mruczy, żebym w końcu zrobiła z tym porządek.
Kiedy tak robiłam ostatnio przegląd półek, wpadła mi w rękę koszula, którą kiedyś od kogoś dostałam i nigdy jej nie założyłam. Zawsze marzyło mi się, żeby spróbować uszyć torbę i pomyślałam, że ten materiał może się do tego nadać. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni wykrój, pobawić się nożyczkami, uzbroić się w cierpliwość, zapas nitki i dobrą igłę i do dzieła.
Koszula ma guziki, więc musiałam popracować trochę nad zszyciem planowanego przodu i tyłu, do tego do planowanej podszewki doszyłam małą kieszonkę i zabrałam się za zszywanie wszystkiego.
Na chwilę obecną całość wygląda tak. Z przodu dwie kieszonki idealnie sprawdzą się jako miejsce na różne drobiazgi. Zostało mi jeszcze obrobienie góry torby i doszycie paska. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może dorobię jeszcze jakieś zapięcie.
Powiem szczerze, że kiedy zaczynałam, nie zależało mi na jakimś spektakularnym efekcie. Chciałam po prostu zmierzyć się z tym pomysłem i sprawdzić, czy będę w stanie ręcznie uszyć coś takiego. Jak widać, da się ;)
Jak już zaczęłam pracować nad torbą i szyć ją ręcznie, nie mogłam się powstrzymać i poszłam za ciosem. Zapisałam się na warsztaty szyciowe, podczas których mogłam nauczyć się podstaw szycia na maszynie i przy okazji uszyć sobie spódnicę. Warsztaty odbyły się wczoraj w niezwykle klimatycznym miejscu, nad Stawem Otwartym w Warszawie Radość, a poprowadziła je Klara, która prowadzi bloga A Robot Heart - szczerze polecam Wam tam zajrzeć, bo Klara, która najpierw nauczyła się szyć dla siebie, a teraz zdarza jej się też szyć dla innych, tworzy naprawdę piękne rzeczy. No i pisze o tym w bardzo fajny sposób, pokazując swoje dzieła na pięknych zdjęciach. Atmosfera na warsztatach była fantastyczna, Klara miała dla nas dużo rad i całe morze cierpliwości ;) Dzięki niej na koniec dnia mogłyśmy pochwalić się takimi skarbami:
![]() | |
| fot. Bartek Kik (zdjęcie zapożyczone z: https://www.facebook.com/arobotheart/) |
Mam swoją własną szytą na kole spódnicę z zakładkami, która ma nawet wszyte kieszenie :D Jestem z siebie dumna ;)
Być może nie jest to najbardziej idealnie uszyta spódnica i muszę jeszcze popracować nad jej wykończeniem, ale chyba złapałam bakcyla i teraz już tak łatwo z szycia na maszynie nie zrezygnuję. Czas zacząć ćwiczyć, uczyć się i sprawdzić, czy jestem wystarczająco cierpliwym człowiekiem ;)
Na hafciarskim froncie też trochę się dzieje. Jak na razie nie pojawił się żaden nowy wzór na horyzoncie, jestem wierna Randalowi Spanglerowi i jest szansa, że w tym tygodniu skończę siódmą stronę. Ostatnio postęp prac wyglądał tak:
Uff, nawet nie wiecie, jak lubię tworzyć nowe rzeczy :)
czwartek, 21 lipca 2016
Dziwnie tak
Ostatni wpis odbiegł całkiem od tematyki, która zwykle się tu pojawia, ale to było silniejsze ode mnie. Czasem człowiek po prostu musi pisać, musi wyrzucić myśli, ubrać je w słowa, opanować, oswoić... Dzięki temu przychodzi trochę więcej spokoju, chociaż nikt nie uprzedził, że smutek i tak zostaje. Smutek, tęsknota, tyle różnych, czasem bardzo głupich, bardzo przyziemnych pytań. Pytań, na które już on nie udzieli odpowiedzi, ale też pytań, które tak naprawdę nie dotyczą tego, który odszedł. Człowiek po prostu, jeśli jest mu to dane, zaczyna zastanawiać się bardziej nad swoim życiem. I myśli, co dalej...
Dziękuję za Wasze słowa pod poprzednim wpisem - to miłe z Waszej strony. Powoli wracamy do codzienności, rozglądamy się uważnie po tym, co nas otacza. Moja mama, przez ostatnie półtora roku poświęcająca właściwie cały swój czas walce o zdrowie i opiece nad dziadkiem, wciąż spięta i zestresowana, zaczyna też wracać do siebie. Nagle czas się rozciągnął, zaczyna myśleć tygodniami, może niedługo miesiącami, podczas gdy ostatnio nie wiedziała nawet, co wydarzy się w ciągu najbliższych godzin, o następnym dniu nie wspominając. Czas płata figle.
Ja - być może zabrzmi to dziwnie, może to nie do końca na miejscu, sama nie wiem - przez ostatnie dwa tygodnie po powrocie z pracy i ogarnięciu podstawowych spraw, kompulsywnie wręcz stawiałam krzyżyki, uzupełniałam puste miejsca i myślałam, rozmyślałam, porządkowałam myśli... Haft działa na mnie bardzo dziwnie - zajmuję nim ręce, zajmuję część umysłu, ale przy nim czasem łatwiej zbiera mi się te słowa kłębiące się w głowie, płyną rytmicznie i układają się lepiej. Więc siedziałam i kończyłam szóstą stronę wzoru, trochę nieobecna, mało rozmowna. Dziwne to. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy jest tak do końca normalny.
Dziękuję za Wasze słowa pod poprzednim wpisem - to miłe z Waszej strony. Powoli wracamy do codzienności, rozglądamy się uważnie po tym, co nas otacza. Moja mama, przez ostatnie półtora roku poświęcająca właściwie cały swój czas walce o zdrowie i opiece nad dziadkiem, wciąż spięta i zestresowana, zaczyna też wracać do siebie. Nagle czas się rozciągnął, zaczyna myśleć tygodniami, może niedługo miesiącami, podczas gdy ostatnio nie wiedziała nawet, co wydarzy się w ciągu najbliższych godzin, o następnym dniu nie wspominając. Czas płata figle.
Ja - być może zabrzmi to dziwnie, może to nie do końca na miejscu, sama nie wiem - przez ostatnie dwa tygodnie po powrocie z pracy i ogarnięciu podstawowych spraw, kompulsywnie wręcz stawiałam krzyżyki, uzupełniałam puste miejsca i myślałam, rozmyślałam, porządkowałam myśli... Haft działa na mnie bardzo dziwnie - zajmuję nim ręce, zajmuję część umysłu, ale przy nim czasem łatwiej zbiera mi się te słowa kłębiące się w głowie, płyną rytmicznie i układają się lepiej. Więc siedziałam i kończyłam szóstą stronę wzoru, trochę nieobecna, mało rozmowna. Dziwne to. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy jest tak do końca normalny.
Co mi pozostaje - spójrzcie na moje szaleństwo.
środa, 13 lipca 2016
Żeby nie zapomnieć
Są dziadkowie, którzy zabierają wnuki na plac zabaw,
opowiadają bajki na dobranoc (to było przywilejem babci - trudno sobie
wyobrazić, jak bardzo zdziwiłam się w szkole, że opowiadana do poduszki
historia o tacie, o którego powrót do domu modliły się dzieci to tak naprawdę
"Powrót taty" Adama Mickiewicza - przez lata byłam w stanie recytować
jego długie wersy prosto z pamięci), chodzą z nimi na spacery, organizują
wyjazdy, uczą majsterkowania albo jazdy na rowerze.
Mój dziadek był inny. On zawsze patrzył na świat nieco
inaczej. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widziała dziadka z książką - od
literatury, pomysłów na podróże, organizowania wyjść do teatrów czy na
sylwestra do opery, od uczenia się na emeryturze francuskiego, od rozmów o
medycynie była babcia. W 50-metrowym mieszkaniu na Powiślu jeden pokój był
inny, był jego królestwem i światem. Była ściana, pod którą stała tokarka,
podręczna szlifierka (wciąż się zastanawiam, jak wytrzymywali z tym sąsiedzi),
szuflady śrubek i złączek, stanowisko z komputerem i drukarkami, była też
ściana zastawiona regałami szczelnie wypełnionymi segregatorami z projektami,
patentami, danymi i grubym papierem technicznym, na którym pełno było różnie
ocenionych rysunków studentów - przekroje filtrów, śrub, trzpieni, urządzeń technicznych...
To na ich odwrocie powstawały moje pierwsze rysunki, koślawe ludziki, plany
domów, skomplikowane dziecięce mapy, samochody, kwiatki i księżniczki. Panował
tam męski rozgardiasz, ale wszystko miało swoje miejsce, a kiedy brakowało nam
pomysłów na zabawę, dziadek potrafił
wziąć kawałek drewna i pokazywał, jak działa tokarka, rzeźbiąc na niej pionek
szachowy. Na framudze przy drzwiach ołówkiem technicznym zaznaczał kreski i
stawiał daty, licząc i mierząc, jak szybko rośniemy. Podobno kiedy mama była
malutka, ważył ją i mierzył prawie codziennie, przed i po jedzeniu, starannie
ją przewijał i zapisywał, co i ile zjadła.
Był też mistrzem domowych dżemów z czerwonej porzeczki i
mirabelek, słodkich przecierów z pigwy, idealnych do herbaty, robił przepyszny
serek z miksowanymi owocami. Zdarzało mu się piec idealne ciasta, ale
najbardziej lubił pieczone w potężnym żeliwnym naczyniu ziemniaki, a kiedy
zapominał o obiedzie i mówił, że później, że nie jest głodny i żeby mu nie
przeszkadzać, wiedziałam, że przyciągnę go do stołu talerzem placków
ziemniaczanych z cukrem. Kiedy byliśmy mali, często spędzaliśmy czas z
dziadkami na działce - zbieraliśmy jagody w lesie za domem, wykradaliśmy młode
marchewki z warzywniaka, wyjadaliśmy mak z pojedynczych makówek, które wysiały
się przez nieuwagę, biegaliśmy po ogrodzie, wędrowaliśmy z dziadkiem z wózkiem
jego konstrukcji na wyprawy na łąki i zbieraliśmy krowie placki, z których
dziadek robił potem nawóz pod rośliny. Na rzeczce, która przepływała przez
okoliczne pola i łąki, dziadek pokazywał nam spiętrzenia wody i tłumaczył prawa
fizyki tam działające. Chyba już wtedy czekał, aż staniemy się bardziej
"rozumni" i świadomi praw rządzących przyrodą. Ale zanim to się
stało, podpinał potężną metalową linę między dwoma drzewami i organizował dla
nas zjazdy w podwieszonej na niej oponie. Wyczarował też dla nas domek zbity z
desek, rozłożony na pniu powalonego drzewa. Kiedy mój brat był mały,
skonstruował system bloczków i dźwigni i z zapałem tłumaczył mu, jak można
udźwignąć w ten sposób znaczne ciężary. Tymi różnymi konstrukcjami
niejednokrotnie doprowadzał babcię do szewskiej pasji, bo mimo upływu lat i
starzejącej się metryki potrafił wybudować dom, zaczynając, a jakże!, od dachu.
Projektował własne, niezbyt urodziwe kartonowe oprawy do lamp, które rozwieszał
w różnych miejscach w mieszkaniu, kupił baterię słoneczną i podłączał do niej
kolejne lampki i urządzenia, sprawdzając jej możliwości. Zawsze interesowały go
nowinki techniczne, nic nie mogło go powstrzymać przed kupieniem dwóch-trzech
dobrych aparatów fotograficznych, laptopa czy lepszego monitora do komputera.
Kiedy zaczęliśmy chodzić do szkoły i objęła nas już właściwa
edukacja, zdarzało się, że podczas najlepszej zabawy dziadek sadzał nas wokół
atlasu geograficznego i pokazywał, tłumaczył w nim prawa działające w
przyrodzie, krążenie wód, przyciąganie ziemskie, pływy morskie i warunki
geologiczne na obszarze Polski. Czasem żałuję, że nie jestem aż tak ścisłym
umysłem i zawsze ciągnęło mnie bardziej w stronę literatury, kultury - że nie
potrafiłam w pełni docenić tego, co robił, czym się zajmował. Ale i tak nie
zniechęciło mnie to do okazjonalnych wyjazdów na zapory, do pomagania przy
noszeniu pomp czy wpłukiwaniu drenów, robienia pomiarów i pilnowaniu zapisów.
Kiedy nie miał już siły na podróże i zdrowie już na nie nie pozwalało,
postanowił założyć bloga - w wieku osiemdziesięciu lat, cierpliwie się ucząc i
podpytując, zaczął do internetu przenosić całą swoją wiedzę dotyczącą
budownictwa wodnego. Zawsze powtarzał, że chce zostawić coś dla potomnych, żeby
jego patenty i dorobek naukowy przydały się kolejnym pokoleniom. Śledził zmiany
na zaporach, podglądał je na mapach google, opracowywał dane, pisał. Cały czas
ćwiczył umysł i starał się projektować, wymyślać coś nowego.
Pośród tego wszystkiego zdarzały się też chwile, podczas
których snuł opowieści... opowieści o przeszłości. Lubiłam początki tych
rozmów, to odpowiednie prowadzenie dialogu, naprowadzanie na tematy, o których
mogłam słuchać godzinami. Żałuję tylko, że nie zawsze udało mi się zanotować
wystarczająco dużo, że moja pamięć bywa zawodna, że nie zawsze skupiałam się
tak jak powinnam. Zdarzały się opowieści o czasach przed wojną, o tym, jak z
bratem podczas ciepłych letnich dni uczyli się pływać w Wiśle, jak na
organizowanych przez miasto półkoloniach uczyli się pływać na kajakach -
oczywiście też na Wiśle, po jej praskiej stronie. Nie mieli daleko, mieszkali
tuż przy dzisiejszym Dworcu Wileńskim. W sklepie, który prowadził ich tata,
podczas wojny zorganizowano punkt przerzutowy konspiracyjnej prasy i ulotek,
czasem zdarzała się broń... To pradziadek wprowadził ich w struktury armii
podziemnej - dwóch młodych chłopców, niewiele młodszych od mojego
siedemnastoletniego brata. Podczas
powstania brali udział między innymi w walkach o śródmieście, o budynek Pasty,
próbowali wykurzyć Niemców z budynku banku przy tzw. palmie. To wtedy dziadek
stracił słuch w lewych uchu - kolega strzelał znad jego głowy, nie było szans,
żeby delikatne kosteczki i błona bębenkowa to wytrzymały. Wspomniał o tym, jak
jego brat przez przypadek zastrzelił jednego z kolegów... powstańcy nie mieli
jednolitych mundurów, chodzili w tym, co udało się zdobyć. Czasem były to
części munduru niemieckiego. Kiedy przemykasz się między ruinami, a za tobą
idzie przeciwnik, działasz instynktownie. Kiedy już nie mogli walczyć, zostali
zmuszeni do dołączenia do oddziałów niemiecko-polskich. Rozbrojeni Polacy
sprawdzali, czy w kamienicach nikogo nie ma, a Niemcy z bronią i miotaczami
ognia wypalali miasto do fundamentów, budynek po budynku... Często, wracając w
miejsce, w którym spędzali poprzednią noc, nie zastawali tam nic prócz
zgliszczy. Kiedy wyprowadzano ich ze stolicy, starał się iść na samym końcu.
Zostawiali za sobą ruiny i płonące, puste miasto. Zawsze powtarzał, że był
jednym z ostatnich, którzy wychodzili z Warszawy.
Resztę wojny spędził w obozie jenieckim w Niemczech,
pracując w dawnej fabryce soczewek, w której składano samoloty. Młodzi chłopcy
mieli dużo bardziej zwinne palce niż starsi jeńcy. Tych najmłodszych, jeszcze
dzieci, starzy Niemcy wręcz próbowali adoptować. Po zakończeniu wojny wracali z
bratem do Polski na własnych nogach, wydeptując ślady na kolejnych drogach. Nie
wrócili razem, rozdzieliło ich bombardowanie z samolotów. Dziadek wrócił do
mamy i siostry, które czekały na Pradze, schorowany i wycieńczony brat został
odnaleziony w jednym z odległych szpitali kilka miesięcy później. Pradziadek
nie wrócił już nigdy.
Ta część jego historii sprawiła, że miał problemy przy
egzaminach wstępnych na politechnikę, podczas studiów też nie było mu łatwo.
Był pasjonatem, wiecznie poszukiwał nowych rozwiązań, angażował się całym sobą
w pracę, projekty, ich realizacje. Podobno proponowano mu wyjazd do pracy za
granicę, do Egiptu, ale nigdy by się na to nie zdecydował. Zawsze powtarzał, że
podczas wojny zginęło tylu wybitnych ludzi, że jego jednostkowy wkład w
odbudowę polskiej techniki i gospodarki może chociaż trochę pomoże, na coś się
przyda. W ludziach chyba najbardziej cenił inteligencję, potrzebę rozwoju,
działania, niestandardowe myślenie, dążenie do celu, techniczny zmysł.
Odszedł 6 lipca 2016 r., mając 88 lat. Trzy dni wcześniej,
leżąc w łóżku i nie mogąc już z niego wstać, prosił mnie jeszcze o znalezienie
mu odpowiednich części do złożenia niewielkiej ledowej lampki. Żałował, że nie
może usiąść przy komputerze i dodać kolejnego wpisu na bloga. Chciał działać do
samego końca, nie potrafił siedzieć bezczynnie.
Hydrotechnik, doktor inżynier, wieloletni wykładowca na
Politechnice Warszawskiej, powstaniec. Mój dziadek.
niedziela, 3 lipca 2016
Pudła, pudełka, pudełeczka...
Czerwiec minął nam nie wiadomo kiedy, a wszystko przez szukanie mieszkania i przeprowadzkę. Niby mieszkało się tylko dwa lata w jednym miejscu, niby dbało się o niezagracanie mieszkania, niby tylko 36 metrów, ale jak już przyszło co do czego, okazało się nagle, że trzeba załatwić samochód transportowy, żeby to wszystko pomieścić i nie jeździć osobówką piętnaście razy :P Do tego oczywiście najcięższe okazały się paczki z książkami - niełatwo jest mądrze spakować dwa regały pełne słów. Tylko dwa regały... A zawsze marzyła mi się własna biblioteczka, pokój z wygodnym fotelem, dobrym oświetleniem i wyjściem do ogrodu. Chyba jednak nie w wynajmowanych mieszkaniach. Lektury bywają zbyt ciężkie.
I tak jeszcze jakieś dwa tygodnie temu moja rzeczywistość wyglądała tak...
W związku z tym Computer Wizard na jakiś czas schował się do pudełka, ale oczywiście długo tam nie wysiedział i jak tylko pojawiła się wygodna kanapa i domowa rzeczywistość wróciła do jako takiej równowagi, haft wrócił do żywych.
Przy okazji któregoś dnia na jednej z krzyżykowych grup na fb wpadła mi w oko metoda oparta na zaznaczaniu przed haftowaniem na kanwie kropkami danego koloru, co podobno przyspiesza pracę. Postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie tak jest i 26 czerwca sięgnęłam po cienkopis Stabilo, który znalazłam w domu (podobno dobrze się spierają), i zaczęłam kropkować:
Nie powiem, kropkowanie sprawdza się całkiem nieźle. Fakt, trzeba się pilnować, kiedy zaznacza się dany kolor na kanwie, ale nie zabiera to tak dużo czasu, jak by się mogło wydawać, a potem idzie szybko do przodu i człowiek nie dostaje zeza, zerkając co chwila a to na druk, a to na materiał. Ponieważ nie mam w zwyczaju rozrysowywać kratek na kanwie przed rozpoczęciem haftu, ani nie przekonuje mnie przeplatanie nitek co 10 kratek, dzęki czemu podobno łatwiej się liczy, szukam innych metod, które bardziej mi podpowiadają. I kropkowanie jak na razie będzie mi pewnie towarzyszyć przez jakiś czas. Chyba że w międzyczasie wymślę coś innego ;)
Odpowiadając na pytanie Promyka, haftuję tego olbrzyma na tamborku Singera, pamiątce po prababci - ma 25 cm średnicy, jest drewniany i bardzo wygodny. Przy okazji nadmiar materiału na dole i po lewej i prawej stronie zwijam i spinam klipsami do papieru w różnych rozmiarach i jak na razie to się psrawdza. Chociaż korcą mnie różnego rodzaju stojaki do przypinania tamborków, bo całość trochę waży... ale ceny skutecznie mnie odstraszają. Kto wie, może mój M. skonstruuje mi coś własnoręcznie i wyjdzie taniej. Ale najpierw musi się dobrze przyjrzeć konstrukcji tego, co jest na rynku.
I tak jeszcze jakieś dwa tygodnie temu moja rzeczywistość wyglądała tak...
Dużo wspomnień zostawialiśmy za sobą, żeby potem móc zacząć zajmować się tworzeniem nowych w nowych czterech kątach ;) I rozpakować chociaż część starych :P
W związku z tym Computer Wizard na jakiś czas schował się do pudełka, ale oczywiście długo tam nie wysiedział i jak tylko pojawiła się wygodna kanapa i domowa rzeczywistość wróciła do jako takiej równowagi, haft wrócił do żywych.
21 czerwca udało mi się skończyć piątą stronę:
I tego samego dnia ruszyłam z kolejną ;) Trudno się powstrzymać, szczególnie kiedy ma się świadomość, ile jeszcze krzyżyków przede mną... Są dziewczyny, które kolosy krzyżykują w ciągu kilku miesięcy, ale ja na pewno nie będę należeć do tej grupy, nie ma szans. Mimo wszystko staram się stawiać chociaż kilka krzyżyków dziennie, tak dla uspokojenia sumienia.
Przy okazji któregoś dnia na jednej z krzyżykowych grup na fb wpadła mi w oko metoda oparta na zaznaczaniu przed haftowaniem na kanwie kropkami danego koloru, co podobno przyspiesza pracę. Postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie tak jest i 26 czerwca sięgnęłam po cienkopis Stabilo, który znalazłam w domu (podobno dobrze się spierają), i zaczęłam kropkować:
30 czerwca haft wyglądał już tak:
A dziś zaczęła pojawiać się lina przecinająca obrazek z prawej strony:
Nie powiem, kropkowanie sprawdza się całkiem nieźle. Fakt, trzeba się pilnować, kiedy zaznacza się dany kolor na kanwie, ale nie zabiera to tak dużo czasu, jak by się mogło wydawać, a potem idzie szybko do przodu i człowiek nie dostaje zeza, zerkając co chwila a to na druk, a to na materiał. Ponieważ nie mam w zwyczaju rozrysowywać kratek na kanwie przed rozpoczęciem haftu, ani nie przekonuje mnie przeplatanie nitek co 10 kratek, dzęki czemu podobno łatwiej się liczy, szukam innych metod, które bardziej mi podpowiadają. I kropkowanie jak na razie będzie mi pewnie towarzyszyć przez jakiś czas. Chyba że w międzyczasie wymślę coś innego ;)
Odpowiadając na pytanie Promyka, haftuję tego olbrzyma na tamborku Singera, pamiątce po prababci - ma 25 cm średnicy, jest drewniany i bardzo wygodny. Przy okazji nadmiar materiału na dole i po lewej i prawej stronie zwijam i spinam klipsami do papieru w różnych rozmiarach i jak na razie to się psrawdza. Chociaż korcą mnie różnego rodzaju stojaki do przypinania tamborków, bo całość trochę waży... ale ceny skutecznie mnie odstraszają. Kto wie, może mój M. skonstruuje mi coś własnoręcznie i wyjdzie taniej. Ale najpierw musi się dobrze przyjrzeć konstrukcji tego, co jest na rynku.
poniedziałek, 23 maja 2016
Krzyżyk za krzyżykiem...
Mimo wszystko wstaje się dużo przyjemniej niż w chłodnym marcu, a i wieczorem jest więcej siły na wszystko. Weekendy mijają nie wiadomo kiedy, z M. staramy się robić coraz dłuższe trasy na rowerach, żeby być może pod koniec wakacji przejechać na nich któregoś dnia ze stolicy na wschód, nad Bug. Dziś 170 km na dwóch kółkach w ciągu jednego dnia to dla mnie lekka abstrakcja, ale kto wie, może we wrześniu się uda ;)
A poza tym oczywiście powstaje kolejna, piąta strona Computer Wizard Spanglera. Zaczęłam ją haftować właściwie od razu po wrzuceniu poprzedniego wpisu i tak sobie dostawiam od czasu kolejne krzyżyki.
Stan na 23 kwietnia 2016:
I kolejno - 25 kwietnia:
26 kwietnia:
27 kwietnia:
29 kwietnia:
4 maja:
10 maja:
15 maja:
16 maja:
I 23 maja ;)
Przyznam szczerze, że przy tej stronie nieco odeszłam od parkowania - chyba trochę się do niego zniechęciłam po parkowaniu na poprzedniej stronie, na której pojawiało się tyle pojedynczych kolorów, że można było od tego zgłupieć. Na razie jest mi bliżej do haftowania plamami kolorów, chociaż w sumie zdarza mi się łączyć jedną technikę z drugą. A przynajmniej tak mi się wydaje ;)
Dla przypomnienia (a może o tym nie pisałam?) - haftuję całość na białej Aidzie 16 ct Zweigart, oczywiście muliną DMC.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












