Mamy już kalendarzową jesień, przepiękne słoneczne dni i mroźne noce. Od dwóch tygodni palę w kominku i coraz częściej przystaję przy nim z kubkiem gorącej herbaty, żeby się ogrzać i na chwilę oderwać myśli od codziennych spraw. W kuchni stoją dwie miski pełne działkowych winogron - rodzice mają zamiar przygotować z nich domowej roboty wino, na patelni smażą się rozłożyste kapelusze kań, a zebrane przez tatę przepiękne prawdziwki czekają na suszenie. Tymczasem ja... przerywam pisanie i rozłupuję kolejne orzechy włoskie ;) Dopiero co zebrane, niektóre z nich jeszcze pokryte grubą zieloną skórą, z wnętrzem o niepowtarzalnym, kremowo-orzechowym smaku. Łasuch ze mnie, jeśli chodzi o takie rzeczy :) Mam nadzieję, że Wasza jesień obrodziła równie obficie i możecie się nią cieszyć w spokoju. Albo przynajmniej znaleźć chwilę na napawanie się nią między obowiązkami.
Chciałam napisać wcześniej, ale czas naprawdę ostatnio płata mi figle. Tuż przed nastaniem kalendarzowej jesieni udało nam się ze znajomymi wyjechać jeszcze na kilka dni nad Bug i godnie pożegnać lato. Tam nie było czasu na haft, a tym bardziej na pisanie. Ale udało mi się zrobić kilka zdjęć, więc mogę podzielić się z Wami widokami ;)
Niezmiennie będę powtarzać, że są takie miejsca, w których czas zwalnia, człowiek wciąga powietrze głębiej do płuc i przystaje, żeby cieszyć się prostymi rzeczami, malowniczymi widokami i roześmianym towarzystwem znajomych. Hm... chadzam po tamtejszych łąkach już ponad dwadzieścia lat i wciąż nie znudziło mi się robinie im zdjęć ;) Co roku każde jest nieco inne i można dzięki nim wrócić do tych dobrych momentów. Tak, akumulatory na kolejne jesienne dni chwilowo naładowane.
Co jeszcze ostatnio zaprzątało moją uwagę? Hm... pod koniec września zaczęłam studia. Pomagisterskie, weekendowe, ale jednak dwa dni co dwa tygodnie wycinają mi z życiorysu. Mimo wszystko muszę Wam powiedzieć, że jak na razie jestem nimi naprawdę pozytywnie zaskoczona. Czuję, że dzięki nim będę mogła nauczyć się tego, czego zabrakło na studiach dziennych. Mniej teorii, więcej praktycznych przykładów, wszystko jest nastawione na zdobycie wiedzy, która później zdecydowanie pomoże nam w praktyce (żadnego uczenia się teorii o teorii wymyślonej do wykorzystania w teorii) - te studia nie będą tylko dodatkiem do mojego polonistycznego wykształcenia. W każdym razie mam taką nadzieję ;)
Poza tym w minionym tygodniu zdążyłam... zapisać się na staż związany ze studiami. Jakoś tak wyszło, że wpadła mi w oko ciekawa oferta. Do pracy i studiów dochodzą więc zajęte pracą z dzieciakami czwartki. Na haft ostatnio w związku z tym zabrakło mi czasu, bo oczywiście przy okazji na półce leży też kilka lektur do nadrobienia, a literatura to wymagająca przyjemność. Przez nią często chodzę spać o bardzo dziwnych porach... Jaki nałóg, takie konsekwencje.
W chwili obecnej czytam "Papuszę" Angeliki Kuźniak, ale z wyrażeniem opinii jeszcze się wstrzymam, bo za wcześnie na nią. Mogę tylko już teraz powiedzieć, że to książka, po którą warto sięgnąć.
Moje drogie (moi drodzy?), na dziś kończę. Dziękuję za cierpliwość i dziękuję za poganianie ;) (tak Jagno, to do Ciebie). Nie obiecuję szybkiego wpisu, ale będę się starać. Jakiś czas temu udało mi się przygotować dla mojej drugiej połówki różne słodkie rzeczy i zastanawiam się czy nie podzielić się z Wami przepisem. Zobaczymy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 października 2013
czwartek, 9 maja 2013
Nadrabiamy, oj nadrabiamy
Spoglądam na kalendarz i jakoś do mnie nie dociera, że nie było mnie tu prawie miesiąc... Kwietniowe dni upłynęły pod znakiem pracy bibliotecznej, wyjść plenerowych - jeśli tylko pozwalała na to pogoda, urodzinowych spotkań-niespodzianek...
...na ten tort zasłużył mój mężczyzna, a urodzinowy wieczór spędziliśmy w klimatycznej, nieco steampunkowej knajpce Tesla Cafe na warszawskim Powiślu :) Było dużo śmiechu, żartów, śmiesznych prezentów i znajomych, którzy schodzili się niepostrzeżenie, z zaskoczenia. Muszę Wam powiedzieć, że organizowanie takich spotkań sprawia dużą frajdę ;)
Poza tym połykałam książki...
Była Mniej niż nic Elizabeth Kim - wspomnienia koreańskiej dziewczynki, której matka zakochała się w amerykańskim żołnierzu i popełniła grzech cudzołóstwa. Mała Elizabeth była świadkiem jej zabójstwa, które popełnili dziadek i wujek dziewczynki, nie mogąc pogodzić się ze splamionym rodzinnym honorem. W swojej książce Kim pisze też o przerażających przeżyciach związanych z pobytem w sierocińcu w Seulu, oraz o swoim życiu w Stanach, kiedy to została zaadoptowana przez niezwykle wierzącą amerykańską rodzinę. Wydawać by się mogło, że teraz będzie już dobrze, ale tak naprawdę dziewczyna trafiła do kolejnego piekła na ziemi, ukrytego w samym środku demokratycznego państwa...
Było również Mokradełko Katarzyny Surmiak-Domańskiej - książka, która pozostawiła po sobie pewien niesmak, delikatne zagubienie i niedowierzanie. Nie wiem czy czytałyście Kato-tatę, przyznaję, że ja nie miałam okazji po niego sięgnąć, a książka Surmiak-Domańskiej skupia się właśnie na autorce zawartych w nim wspomnień - wspomnień dotyczących molestowania przez ojca... W Mokradełku reporterka odbywa z główną bohaterką Halszką Opfer podróż do miasteczka, z którego ta pochodzi i w którym wciąż mieszka jej rodzina. Mokradełko to książka, która pozostawia po sobie dziwne uczucie bezsilności, bezradności - człowiek zdaje sobie sprawę z tego, co jest złe, ale czuje również, że zagląda tu w intymny i delikatny świat rodziny, której demony już nigdy nie usną.
Przy pomocy wielu różniących się od siebie opinii, wypowiedzi znajomych i krewnych Halszki, reporterka buduje zarówno obraz nieco rozchwianej emocjonalnie głównej bohaterki, jak i obraz polskiego małomiasteczkowego społeczeństwa, obraz, na który składają się ludzie nie chcący dopuścić do świadomości faktu, że takie "obrzydlistwa" mógł robić taki miły sąsiad, którzy nie potrafią zrozumieć, jak kobieta, która twierdzi, że przeżyła tyle złego, potrafi mimo wszystko głośno się śmiać i nie zachowywać się niczym szara myszka, która wciąż prowokuje swoim zachowaniem i sposobem bycia. Ale i ludzie, którzy czują, że to prawda, jednak nie wiedzą, jak na to reagować. Pokazuje też, jakie relacje panują w najbliższej rodzinie - skomplikowane, pełne zaszłości, wzajemnych pretensji i nieufności. To była ciężka lektura, pozostawiająca po sobie dziwne uczucie lepkości i nie dającego się zmyć brudu, trudna do zapomnienia i do jednoznacznej oceny. Jednym słowem prowokująca.
Dla równowagi po tych dwóch niezbyt lekkich pozycjach sięgnęłam po nieco bardziej pozytywną książkę Shauna Ellisa Żyjący z wilkami ;) Muszę przyznać, że podobają mi się książki wydawane przez WAB w serii Biosfera. Hm... właściwie wygląda na to, że zdążyłam przeczytać większość z nich - Corvus. Życie wśród ptaków Esther Woolfson (ciekawa książka, chociaż miała zarówno prowokujące do śmiechu, jak i wyjątkowo dłużące się momenty), Kupiliśmy zoo Benjamina Mee (czuć, kiedy to dziennikarz pisze książkę - posiada on pewną lekkość właściwą ludziom często piszącym do tysięcy ludzi; cieszę się, że najpierw przeczytałam jego wspomnienia, a dopiero później obejrzałam film - szczerze polecam tę pozycję, warto po nią sięgnąć) i Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele Gamble'a Luke'a (oj, muszę powiedzieć, że zachwyciło mnie poczucie humoru autora, sposób, w jaki opisał swoje doświadczenia związane zarówno z pracą młodego weterynarza na angielskiej wsi, jak i wolontariatem w "klinice" w Indiach, ale też to, z jakim wyczuciem potrafił podejść do kwestii masowego uboju bydła zagrożonego świńską grypą... tu, przyznaję, miałam łzy w oczach - również szczerze polecam tę książkę, naprawdę warto do niej zajrzeć).
Żyjący z wilkami z jednej strony zwrócił moją uwagę, bo w dzieciństwie zaczytywałam się książkami Jacka Londona (Biały kieł, a jakże!), Fenimore'a Coopera (Pogromca zwierząt, no i oczywiście Ostatni Mohikanin...) czy Curwooda (fantastyczna przyjaźń między niedźwiadkiem i szczeniakiem we Włóczęgach północy), a z drugiej - bo seria Biosfera stała się już dla mnie swego rodzaju marką. Jak na razie nie zawiodłam się na książkach w niej wydawanych, więc sięgam po kolejne pozycje :) Shaun Ellis to niezwykły człowiek - wychowany na angielskiej wsi, która zimą była kompletnie odcięta od cywilizacji i na której nauczył się zarówno szacunku, jak i miłości do dzikiej przyrody rozciągającej się tuż za oknami niewielkiego domku, w którym mieszkał z dziadkami. Żyjący z wilkami to książka, w której opowiada on czytelnikowi o swoim dzieciństwie, trudnym okresie dorastania i szukaniu własnej drogi w życiu, która w efekcie doprowadziła go do wilków - niezwykłych dzikich stworzeń, wbrew obiegowej opinii nie będących krwiożerczymi bestiami, ale istotami tworzącymi swoje małe, hierarchiczne społeczności, troszczącymi się o siebie nawzajem, nieufnymi i stanowczymi, ale stosującymi przemoc jedynie w ostateczności. Ellisowi udało się, po roku wyrzeczeń i życia w leśnych ostępach niczym dzikie zwierzę, dołączyć do grupy, z którą żył i którą obserwował przez kolejny rok. Dzięki temu mógł być świadkiem polowań wilczego stada, ich codziennego funkcjonowania, obserwował sposób, w jaki jego członkowie się porozumiewają i jakie są ich zwyczaje i przyzwyczajenia. Po takich przeżyciach powrót do bezwzględnej cywilizacji wcale nie był łatwy...
Żyjący z wilkami to niezwykła książka, chociaż kiedy ją czytałam, coraz wyraźniej docierało do mnie, że żaden człowiek, który nie ma w sobie odrobiny szaleństwa, nie byłby w stanie ryzykować życia, żeby lepiej poznać ukochaną przez siebie dziką przyrodę. Ta historia wilczego świata i odnajdującego się w nim człowieka-wilka uczy jednocześnie szacunku dla niej, ale i uspokaja demony z dzieciństwa, które budzili w nas starsi, opowiadając nam o wielkim złym wilku porywającym niegrzeczne dzieci. Jeśli znajdziecie chwilę, zajrzyjcie do wspomnień Shauna Ellisa ;)
W kwietniu pochłonęłam jeszcze kilka innych książek, ale o nich może następnym razem ;) Cieszę się, że wrócił do mnie ten głód czytania - był taki okres, kiedy nie potrafiłam skupić się na powieściach, reportażach, felietonach czy biografiach. Tyle innych spraw zaprzątało myśli... Na szczęście wszystko udało się w miarę uporządkować i pasja czytania wróciła :) Nie wyobrażam sobie życia bez książek... Mam nadzieję, że mnie rozumiecie :)
Chciałam też podziękować za wyróżnienie, które dostałam od Weronki :) Obiecuję, zajmę się nim w kolejnym poście ;)
A co się tymczasem dzieje w moim małym hafciarskim światku? Po pierwsze, pracuję nad trzecim ziołowym obrazkiem do kuchni. Niestety na chwilę obecną nie prezentuje się zbyt imponująco... Dokończyłam też hiszpański widok Powella i zabrałam się za UFO-ka, który ma się stać prezentem dla przyjaciółki. Chętnie podzieliłabym się z Wami zdjęciami swoich prac, ale blogspot ostatnio nie pozwala mi dodawać zdjęć... albo robi to wyjątkowo powoli :( Mam nadzieję, że niedługo mu przejdzie.
A dziś musicie zadowolić się moją książkową pasją.
Spokojnego wieczoru i udanego końca tygodnia życzę - mnie jutro czekają warsztaty w ramach akcji Warszawa czyta. Jestem ciekawa, jak będą wyglądały :)
...na ten tort zasłużył mój mężczyzna, a urodzinowy wieczór spędziliśmy w klimatycznej, nieco steampunkowej knajpce Tesla Cafe na warszawskim Powiślu :) Było dużo śmiechu, żartów, śmiesznych prezentów i znajomych, którzy schodzili się niepostrzeżenie, z zaskoczenia. Muszę Wam powiedzieć, że organizowanie takich spotkań sprawia dużą frajdę ;)
| (to i kolejne zdj. z portalu www.lubimyczytac.pl) |
Była Mniej niż nic Elizabeth Kim - wspomnienia koreańskiej dziewczynki, której matka zakochała się w amerykańskim żołnierzu i popełniła grzech cudzołóstwa. Mała Elizabeth była świadkiem jej zabójstwa, które popełnili dziadek i wujek dziewczynki, nie mogąc pogodzić się ze splamionym rodzinnym honorem. W swojej książce Kim pisze też o przerażających przeżyciach związanych z pobytem w sierocińcu w Seulu, oraz o swoim życiu w Stanach, kiedy to została zaadoptowana przez niezwykle wierzącą amerykańską rodzinę. Wydawać by się mogło, że teraz będzie już dobrze, ale tak naprawdę dziewczyna trafiła do kolejnego piekła na ziemi, ukrytego w samym środku demokratycznego państwa...
Było również Mokradełko Katarzyny Surmiak-Domańskiej - książka, która pozostawiła po sobie pewien niesmak, delikatne zagubienie i niedowierzanie. Nie wiem czy czytałyście Kato-tatę, przyznaję, że ja nie miałam okazji po niego sięgnąć, a książka Surmiak-Domańskiej skupia się właśnie na autorce zawartych w nim wspomnień - wspomnień dotyczących molestowania przez ojca... W Mokradełku reporterka odbywa z główną bohaterką Halszką Opfer podróż do miasteczka, z którego ta pochodzi i w którym wciąż mieszka jej rodzina. Mokradełko to książka, która pozostawia po sobie dziwne uczucie bezsilności, bezradności - człowiek zdaje sobie sprawę z tego, co jest złe, ale czuje również, że zagląda tu w intymny i delikatny świat rodziny, której demony już nigdy nie usną.
Przy pomocy wielu różniących się od siebie opinii, wypowiedzi znajomych i krewnych Halszki, reporterka buduje zarówno obraz nieco rozchwianej emocjonalnie głównej bohaterki, jak i obraz polskiego małomiasteczkowego społeczeństwa, obraz, na który składają się ludzie nie chcący dopuścić do świadomości faktu, że takie "obrzydlistwa" mógł robić taki miły sąsiad, którzy nie potrafią zrozumieć, jak kobieta, która twierdzi, że przeżyła tyle złego, potrafi mimo wszystko głośno się śmiać i nie zachowywać się niczym szara myszka, która wciąż prowokuje swoim zachowaniem i sposobem bycia. Ale i ludzie, którzy czują, że to prawda, jednak nie wiedzą, jak na to reagować. Pokazuje też, jakie relacje panują w najbliższej rodzinie - skomplikowane, pełne zaszłości, wzajemnych pretensji i nieufności. To była ciężka lektura, pozostawiająca po sobie dziwne uczucie lepkości i nie dającego się zmyć brudu, trudna do zapomnienia i do jednoznacznej oceny. Jednym słowem prowokująca.
Dla równowagi po tych dwóch niezbyt lekkich pozycjach sięgnęłam po nieco bardziej pozytywną książkę Shauna Ellisa Żyjący z wilkami ;) Muszę przyznać, że podobają mi się książki wydawane przez WAB w serii Biosfera. Hm... właściwie wygląda na to, że zdążyłam przeczytać większość z nich - Corvus. Życie wśród ptaków Esther Woolfson (ciekawa książka, chociaż miała zarówno prowokujące do śmiechu, jak i wyjątkowo dłużące się momenty), Kupiliśmy zoo Benjamina Mee (czuć, kiedy to dziennikarz pisze książkę - posiada on pewną lekkość właściwą ludziom często piszącym do tysięcy ludzi; cieszę się, że najpierw przeczytałam jego wspomnienia, a dopiero później obejrzałam film - szczerze polecam tę pozycję, warto po nią sięgnąć) i Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele Gamble'a Luke'a (oj, muszę powiedzieć, że zachwyciło mnie poczucie humoru autora, sposób, w jaki opisał swoje doświadczenia związane zarówno z pracą młodego weterynarza na angielskiej wsi, jak i wolontariatem w "klinice" w Indiach, ale też to, z jakim wyczuciem potrafił podejść do kwestii masowego uboju bydła zagrożonego świńską grypą... tu, przyznaję, miałam łzy w oczach - również szczerze polecam tę książkę, naprawdę warto do niej zajrzeć).
Żyjący z wilkami z jednej strony zwrócił moją uwagę, bo w dzieciństwie zaczytywałam się książkami Jacka Londona (Biały kieł, a jakże!), Fenimore'a Coopera (Pogromca zwierząt, no i oczywiście Ostatni Mohikanin...) czy Curwooda (fantastyczna przyjaźń między niedźwiadkiem i szczeniakiem we Włóczęgach północy), a z drugiej - bo seria Biosfera stała się już dla mnie swego rodzaju marką. Jak na razie nie zawiodłam się na książkach w niej wydawanych, więc sięgam po kolejne pozycje :) Shaun Ellis to niezwykły człowiek - wychowany na angielskiej wsi, która zimą była kompletnie odcięta od cywilizacji i na której nauczył się zarówno szacunku, jak i miłości do dzikiej przyrody rozciągającej się tuż za oknami niewielkiego domku, w którym mieszkał z dziadkami. Żyjący z wilkami to książka, w której opowiada on czytelnikowi o swoim dzieciństwie, trudnym okresie dorastania i szukaniu własnej drogi w życiu, która w efekcie doprowadziła go do wilków - niezwykłych dzikich stworzeń, wbrew obiegowej opinii nie będących krwiożerczymi bestiami, ale istotami tworzącymi swoje małe, hierarchiczne społeczności, troszczącymi się o siebie nawzajem, nieufnymi i stanowczymi, ale stosującymi przemoc jedynie w ostateczności. Ellisowi udało się, po roku wyrzeczeń i życia w leśnych ostępach niczym dzikie zwierzę, dołączyć do grupy, z którą żył i którą obserwował przez kolejny rok. Dzięki temu mógł być świadkiem polowań wilczego stada, ich codziennego funkcjonowania, obserwował sposób, w jaki jego członkowie się porozumiewają i jakie są ich zwyczaje i przyzwyczajenia. Po takich przeżyciach powrót do bezwzględnej cywilizacji wcale nie był łatwy...
Żyjący z wilkami to niezwykła książka, chociaż kiedy ją czytałam, coraz wyraźniej docierało do mnie, że żaden człowiek, który nie ma w sobie odrobiny szaleństwa, nie byłby w stanie ryzykować życia, żeby lepiej poznać ukochaną przez siebie dziką przyrodę. Ta historia wilczego świata i odnajdującego się w nim człowieka-wilka uczy jednocześnie szacunku dla niej, ale i uspokaja demony z dzieciństwa, które budzili w nas starsi, opowiadając nam o wielkim złym wilku porywającym niegrzeczne dzieci. Jeśli znajdziecie chwilę, zajrzyjcie do wspomnień Shauna Ellisa ;)
W kwietniu pochłonęłam jeszcze kilka innych książek, ale o nich może następnym razem ;) Cieszę się, że wrócił do mnie ten głód czytania - był taki okres, kiedy nie potrafiłam skupić się na powieściach, reportażach, felietonach czy biografiach. Tyle innych spraw zaprzątało myśli... Na szczęście wszystko udało się w miarę uporządkować i pasja czytania wróciła :) Nie wyobrażam sobie życia bez książek... Mam nadzieję, że mnie rozumiecie :)
Chciałam też podziękować za wyróżnienie, które dostałam od Weronki :) Obiecuję, zajmę się nim w kolejnym poście ;)
A co się tymczasem dzieje w moim małym hafciarskim światku? Po pierwsze, pracuję nad trzecim ziołowym obrazkiem do kuchni. Niestety na chwilę obecną nie prezentuje się zbyt imponująco... Dokończyłam też hiszpański widok Powella i zabrałam się za UFO-ka, który ma się stać prezentem dla przyjaciółki. Chętnie podzieliłabym się z Wami zdjęciami swoich prac, ale blogspot ostatnio nie pozwala mi dodawać zdjęć... albo robi to wyjątkowo powoli :( Mam nadzieję, że niedługo mu przejdzie.
A dziś musicie zadowolić się moją książkową pasją.
Spokojnego wieczoru i udanego końca tygodnia życzę - mnie jutro czekają warsztaty w ramach akcji Warszawa czyta. Jestem ciekawa, jak będą wyglądały :)
niedziela, 3 marca 2013
Zaległości
Oj, zaniknęło mi się na dłuższą chwilę i kompletnie zaniedbałam blogową rzeczywistość - zaglądałam do Was, ale brakowało Weny, żeby zostawić chociaż kilka słów, o napisaniu notki na bloga nie wspominając. Wszystko to przez staż, który zaczęłam 12 lutego i który ukradł mi z życiorysu większość popołudniowych godzin i doprowadził do tego, że po powrocie do domu największą ochotę miałam na kubek gorącej herbaty, opcjonalnie kakao, książkę albo jakiś lekki film i tyle. Poza tym z M. nie widujemy się przez to zbyt często, bo mieszkamy 1,5 godziny od siebie i ciężko jest się spotkać, kiedy jedno z nas zaczyna dzień o 8, a drugie kończy staż najwcześniej o 18. Musicie mi więc wybaczyć, że weekendy wolę spędzać z nim, a nie przed komputerem czy nad krzyżykami ;)
Ale spokojnie, powoli nadrabiam zaległości, gospodaruję czasem i dziś mogę się w końcu do Was odezwać :)
Jeśli chodzi o hafciarskie postępy, to ostatnio panuje u mnie spory zastój - po garbusach zabrałam się za zakładkę z misiem, którego pokazałam w ostatniej notce.
W międzyczasie udało mi się ją dokończyć i została wymieniona na niewielką książeczkę z bajką autorstwa Beatrix Potter. Pamiętam jej rysunki jeszcze z dzieciństwa i niezmiennie kojarzą mi się z nieco leniwą angielską wsią, malowniczą, pełną spokoju i beztroski. Opiekuńcza mama gęś zajmuje się swoimi gąsiętami, królik Piotruś ubrany w niebieski kubraczek przebiega przez warzywny ogród, spiesząc do swoich spraw... a w tle, pośród soczystej roślinności stoi kamienny angielski domek kryty dachówką. Moje marzenie z dzieciństwa ;) Od tamtej pory mam sentyment do tego typu pejzaży ;) Macie podobne wspomnienia?
Poza misiem wyhaftowałam też oczywiście coś walentynkowego ;) Nie przepadam za tym świętem - męczy mnie natłok pluszowych, papierowych, cukrowych, krzywych, pękatych, wyblakłych i intensywnie czerwonych serc i serduszek, które zalewają co roku centra handlowe i sklepowe wystawy. Ale jeśli chodzi o pretekst, żeby móc zrobić niespodziankę bliskiej osobie, to wychodzę z założenia, że każda okazja jest dobra ;) Więc znów wykrzyżykowałam mały upominek - tym razem jest to niebieski kot.
Dlaczego niebieski? Spodobał mi się właśnie ten wzór, ale okazało się, że nie wszystkie kolory miałam, więc postanowiłam improwizować ;) W ten sposób kocie futro zamiast wpadających w niebieskości szarości stało się dużo bardziej niebieskie. Poza tym zmodyfikowałam trochę odcienie użyte do wyhaftowania dużego serducha - jeden z nich wpadał w niezbyt podobający mi się pomarańcz, więc go wymieniłam.
Kot trafił oczywiście do M. Wciąż podziwiam go za to, z jak dużą cierpliwością przyjmuje kolejne dziergane upominki. Mam dziwne wrażenie, że nie wszyscy faceci gustują w tego typu prezentach :p
Ostatnio pracuję też nad czymś większym i chwilowo postanowiłam się nie rozdrabniać, więc wszelkie mniejsze pomysły odłożyłam na później. No, może w tym tygodniu postaram się tylko zrobić jakiś niewielki urodzinowy upominek dla kolegi jeszcze z czasów licealnych. Przez te wszystkie lata zasłużył na to, żeby dostać coś niestandardowego :)
Ale teraz głównie krzyżykuję rośliny dla mamy M. Jakiś czas temu przyszła do mnie z pomysłem wyhaftowania jej kilku ziołowo-roślinnych obrazków, które zastąpiłyby zwykłe papierowe wydruki, które obecnie wiszą u niej w kuchni. Przez kilka tygodni szukałam wzorów, które by jej odpowiadały, potem czekałam na materiały, a jak już przyszły i ogarnęłam się z innymi hafciarskimi drobiazgami, zabrałam się za pierwszy z obrazków - koniczynę.
Półtora tygodnia temu nie było jej jeszcze zbyt wiele, ale dziś dostawiłam ostatnie brązowe krzyżyki i w zarysie koniczyna wygląda tak:
Na razie nie prezentuje się zbyt spektakularnie - na lnie dominuje zieleń i jasny brąz. Zgodnie z wytycznymi dołączonymi do wzoru powinnam całość haftować lnianą muliną DMC, ale po konsultacjach z dziewczynami na hafciarskim forum doszłam do wniosku, że lniana mulina po pierwsze jest nieco bledsza, po drugie - podobno bardziej się plącze i po trzecie, w tym przypadku chyba niestety najważniejsze - jest droższa. Sprawdziłam czy kolory lniane i normalne bardzo się różnią i po namyśle doszłam do wniosku, że jednak zwykła DMC będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie żałuję tej decyzji.
Trzy obrazki, łącznie z tym, haftuję na lnie obrazkowym 25 ct mającym odcień kości słoniowej, trzy kolejne wyhaftuję na lnie obrazkowym 35 ct. Boję się, że z nimi może być dużo więcej zabawy, bo dwa z trzech obrazków zgodnie z moimi wyliczeniami ledwo będą mieściły się w passe-partout i bardzo możliwe, że będę musiała nieco modyfikować wzory. Na razie się na tym nie skupiam, ale jak już uporam się z większymi obrazkami, będę musiała się zastanowić, jak rozwiązać ten problem. Macie może jakieś propozycje?
Ach, no tak, muszę pochwalić się czymś jeszcze! Co robię w niektóre wieczory, kiedy nie mam siły na haft, a oglądam jakiś niezbyt wciągający film? Nawijam, nawijam i jeszcze raz nawijam ;) Ostatnio próbowałam wygrzebać potrzebne mi do innego obrazka kolory i myślałam, że się wścieknę. Przekopanie się przez te wszystkie motki zajmuje mi ostatnio zdecydowanie za dużo czasu, więc postanowiłam wziąć się za "wiosenne" porządki. Trochę szkoda mi pieniędzy na plastikowe bobinki, które pojawiają się w różnych internetowych pasmanteriach, więc wzięłam sprawy w swoje ręce, podobnie jak kartonowe pudełka i nożyczki, i zaczęłam produkcję masową swoich własnych bobinek. A potem zaczęłam podpisywać i nawijać...
Już jakiś czas temu dostałam od rodziców bardzo poręczne pudełko na śrubki. Kupili je najprawdopodobniej w jakiejś Castoramie albo Leroy Merlin, ale do przechowywania mulin nadaje się idealnie ;) Na chwilę obecną kolekcja nitek prezentuje się w ten sposób:
Pudełko jest o tyle fajne, że przegródki ma z dwóch stron - jedną z nich zapełniłam już całkowicie, jak z resztą widzicie na zdjęciu. Druga też powoli zaczyna się zapełniać. Mam dziwne wrażenie, że to jedno pudełko nie wystarczy, bo w metalowej puszce, w której do tej pory przechowywałam wszystkie nitki DMC, wciąż jest ich sporo. Ariadny, którą haftowałam kiedyś, i kilkunastu kolorów muliny Anchor nawet nie liczę. One się nie przeprowadzają...
Myślicie, że kartonikowe bobinki się sprawdzą? Mam nadzieję, że tak.
Spokojnego i owocnego w pozytywne wydarzenia nadchodzącego tygodnia Wam życzę :) Dziękuję za komentarze pod poprzednią notką i obiecuję, że będę pisać częściej.
Ale spokojnie, powoli nadrabiam zaległości, gospodaruję czasem i dziś mogę się w końcu do Was odezwać :)
Jeśli chodzi o hafciarskie postępy, to ostatnio panuje u mnie spory zastój - po garbusach zabrałam się za zakładkę z misiem, którego pokazałam w ostatniej notce.
W międzyczasie udało mi się ją dokończyć i została wymieniona na niewielką książeczkę z bajką autorstwa Beatrix Potter. Pamiętam jej rysunki jeszcze z dzieciństwa i niezmiennie kojarzą mi się z nieco leniwą angielską wsią, malowniczą, pełną spokoju i beztroski. Opiekuńcza mama gęś zajmuje się swoimi gąsiętami, królik Piotruś ubrany w niebieski kubraczek przebiega przez warzywny ogród, spiesząc do swoich spraw... a w tle, pośród soczystej roślinności stoi kamienny angielski domek kryty dachówką. Moje marzenie z dzieciństwa ;) Od tamtej pory mam sentyment do tego typu pejzaży ;) Macie podobne wspomnienia?
Poza misiem wyhaftowałam też oczywiście coś walentynkowego ;) Nie przepadam za tym świętem - męczy mnie natłok pluszowych, papierowych, cukrowych, krzywych, pękatych, wyblakłych i intensywnie czerwonych serc i serduszek, które zalewają co roku centra handlowe i sklepowe wystawy. Ale jeśli chodzi o pretekst, żeby móc zrobić niespodziankę bliskiej osobie, to wychodzę z założenia, że każda okazja jest dobra ;) Więc znów wykrzyżykowałam mały upominek - tym razem jest to niebieski kot.
| (te zdjęcia są autorstwa Sennera, bo ja oczywiście nie zdążyłam obfotografować kota przed wydaniem go z domu) |
Dlaczego niebieski? Spodobał mi się właśnie ten wzór, ale okazało się, że nie wszystkie kolory miałam, więc postanowiłam improwizować ;) W ten sposób kocie futro zamiast wpadających w niebieskości szarości stało się dużo bardziej niebieskie. Poza tym zmodyfikowałam trochę odcienie użyte do wyhaftowania dużego serducha - jeden z nich wpadał w niezbyt podobający mi się pomarańcz, więc go wymieniłam.
Kot trafił oczywiście do M. Wciąż podziwiam go za to, z jak dużą cierpliwością przyjmuje kolejne dziergane upominki. Mam dziwne wrażenie, że nie wszyscy faceci gustują w tego typu prezentach :p
Ostatnio pracuję też nad czymś większym i chwilowo postanowiłam się nie rozdrabniać, więc wszelkie mniejsze pomysły odłożyłam na później. No, może w tym tygodniu postaram się tylko zrobić jakiś niewielki urodzinowy upominek dla kolegi jeszcze z czasów licealnych. Przez te wszystkie lata zasłużył na to, żeby dostać coś niestandardowego :)
Ale teraz głównie krzyżykuję rośliny dla mamy M. Jakiś czas temu przyszła do mnie z pomysłem wyhaftowania jej kilku ziołowo-roślinnych obrazków, które zastąpiłyby zwykłe papierowe wydruki, które obecnie wiszą u niej w kuchni. Przez kilka tygodni szukałam wzorów, które by jej odpowiadały, potem czekałam na materiały, a jak już przyszły i ogarnęłam się z innymi hafciarskimi drobiazgami, zabrałam się za pierwszy z obrazków - koniczynę.
Półtora tygodnia temu nie było jej jeszcze zbyt wiele, ale dziś dostawiłam ostatnie brązowe krzyżyki i w zarysie koniczyna wygląda tak:
Na razie nie prezentuje się zbyt spektakularnie - na lnie dominuje zieleń i jasny brąz. Zgodnie z wytycznymi dołączonymi do wzoru powinnam całość haftować lnianą muliną DMC, ale po konsultacjach z dziewczynami na hafciarskim forum doszłam do wniosku, że lniana mulina po pierwsze jest nieco bledsza, po drugie - podobno bardziej się plącze i po trzecie, w tym przypadku chyba niestety najważniejsze - jest droższa. Sprawdziłam czy kolory lniane i normalne bardzo się różnią i po namyśle doszłam do wniosku, że jednak zwykła DMC będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie żałuję tej decyzji.
Trzy obrazki, łącznie z tym, haftuję na lnie obrazkowym 25 ct mającym odcień kości słoniowej, trzy kolejne wyhaftuję na lnie obrazkowym 35 ct. Boję się, że z nimi może być dużo więcej zabawy, bo dwa z trzech obrazków zgodnie z moimi wyliczeniami ledwo będą mieściły się w passe-partout i bardzo możliwe, że będę musiała nieco modyfikować wzory. Na razie się na tym nie skupiam, ale jak już uporam się z większymi obrazkami, będę musiała się zastanowić, jak rozwiązać ten problem. Macie może jakieś propozycje?
Ach, no tak, muszę pochwalić się czymś jeszcze! Co robię w niektóre wieczory, kiedy nie mam siły na haft, a oglądam jakiś niezbyt wciągający film? Nawijam, nawijam i jeszcze raz nawijam ;) Ostatnio próbowałam wygrzebać potrzebne mi do innego obrazka kolory i myślałam, że się wścieknę. Przekopanie się przez te wszystkie motki zajmuje mi ostatnio zdecydowanie za dużo czasu, więc postanowiłam wziąć się za "wiosenne" porządki. Trochę szkoda mi pieniędzy na plastikowe bobinki, które pojawiają się w różnych internetowych pasmanteriach, więc wzięłam sprawy w swoje ręce, podobnie jak kartonowe pudełka i nożyczki, i zaczęłam produkcję masową swoich własnych bobinek. A potem zaczęłam podpisywać i nawijać...
Już jakiś czas temu dostałam od rodziców bardzo poręczne pudełko na śrubki. Kupili je najprawdopodobniej w jakiejś Castoramie albo Leroy Merlin, ale do przechowywania mulin nadaje się idealnie ;) Na chwilę obecną kolekcja nitek prezentuje się w ten sposób:
Pudełko jest o tyle fajne, że przegródki ma z dwóch stron - jedną z nich zapełniłam już całkowicie, jak z resztą widzicie na zdjęciu. Druga też powoli zaczyna się zapełniać. Mam dziwne wrażenie, że to jedno pudełko nie wystarczy, bo w metalowej puszce, w której do tej pory przechowywałam wszystkie nitki DMC, wciąż jest ich sporo. Ariadny, którą haftowałam kiedyś, i kilkunastu kolorów muliny Anchor nawet nie liczę. One się nie przeprowadzają...
Myślicie, że kartonikowe bobinki się sprawdzą? Mam nadzieję, że tak.
Spokojnego i owocnego w pozytywne wydarzenia nadchodzącego tygodnia Wam życzę :) Dziękuję za komentarze pod poprzednią notką i obiecuję, że będę pisać częściej.
czwartek, 31 stycznia 2013
Terry Pratchett i jego "Carpe jugulum"
![]() |
| (zdjęcie okładki pochodzi ze strony Wydawnictwa www.proszynski.pl) |
Na
zamku w Lancre praca wre, na rożnach pieką się prosiaki, z piwnic wytoczono
beczułki, pozłacane zaproszenia już dawno zostały rozesłane, a wszystko to z
okazji chrzcin córki Verence’a i Magrat, czarownicy, która została królową. I
wszystko byłoby w porządku, gdyby jedno z zaproszeń nie trafiło tam, gdzie nie
powinno, a król nie starał się być zbyt gościnny i postępowy. Bo każdy wie, że
bez zaproszenia żaden wampir nie przekroczy progu twojego domu, lecz kiedy to
się stanie, wojna między wampirami a czarownicami to tylko kwestia czasu… Ale
gdzie tymczasem zniknęła Babcia?
Terry
Pratchett należy do grona tych autorów, których książki nieodmiennie wywołują
na mojej twarzy szeroki uśmiech. Kiedy mam gorszy humor, kiedy chcę się
odprężyć, kiedy mam ochotę na oderwanie się od rzeczywistości i na odrobinę
zdrowego absurdu – sięgam po którąś z jego powieści. Tym razem w ręce wpadło mi
Carpe jugulum, dwudziesta trzecia już
książka opowiadająca o Świecie Dysku i jego mieszkańcach.
Carpe jugulum
to kolejna odsłona opowieści o czarownicach z Lancre, niewielkiego królestwa
ukrytego między górami Ramtopów, które sprawiają, że zdaje się tam panować
spokój. Jest on jednak pozorny i zostaje
zburzony, gdy z okazji chrzcin córki król Verence postanawia wysłać
zaproszenie do najprawdopodobniej najbardziej postępowego wampirzego rodu z Überwaldu.
Rodu, który nie ma zamiaru pozostać w tyle, kiedy świat wokół nich coraz
szybciej się zmienia…
Jedyny
ratunek w nieugiętej Babci Weatherwax, „najbardziej szanowanej ze wszystkich
przywódczyń, których nie mają czarownice”, mistrzyni głowologii i Pożyczania (do
perfekcji opanowała przenoszenie się do cudzych umysłów) oraz prawdziwej
tradycjonalistce, jeśli chodzi o wiedźmi fach. Ta jednak znika w
niewyjaśnionych okolicznościach i wszystko wskazuje na to, że wcale nie chce
zostać odnaleziona. Wobec takiego rozwoju wypadków obowiązek walki z
nadciągającym złem będą musiały wziąć na siebie Niania Ogg, jowialna, kochająca
życie i wszystkie jego przejawy (a także mocniejsze trunki) starsza wiedźma
wraz z Agnes, młodą czarownicą o potężnej skali głosu i równie potężnej
posturze, która wciąż nie może dojść do ładu z Perditą, tkwiącą w niej znacznie
szczuplejszą, bardziej pewną siebie i nieco gotycką drugą osobowością. W międzyczasie dołącza
do nich młody Wielce Oats, żarliwy, ale wciąż wątpiący wyznawca i kapłan Oma.
Czy uda im się nie pozwolić na przejęcie władzy w Lancre przez hrabiego Magpyr
i jego demoniczną rodzinę, a jeśli tak, to w jaki sposób? Warto sprawdzić.
Carpe jugulum
należy do cyklu historii ze Świata Dysku, które, jak już zaznaczyłam, opowiadają o losach czarownic z
Lancre. Po raz pierwszy zetknęłam się z nimi w Trzech wiedźmach i już od pierwszych stron wiedziałam, że stanowcza
Babcia Weatherwax, przy której nawet trolle stają się potulne jak baranki, nie
stroniąca od napojów wysokoprocentowych, uwielbiająca sprośne dowcipy Niania Ogg,
dowodząca potężnym rodem Oggów, która w swojej małżeńskiej karierze zdążyła
pochować trzech mężów, oraz Magrat, początkowo niezbyt pewna siebie i zdominowana
przed starsze stażem czarownice wiedźma, staną się moimi ulubionymi postaciami.
Agnes Nitt dołączyła do nich nieco później, zajmując miejsce Magrat, która, jak
widać, zdołała znaleźć swego królewicza.
Chociaż
Carpe jugulum nawiązuje do
poprzednich książek i przygód wiedźm, każdy spokojnie może po nią sięgnąć,
ponieważ poszczególne powieści Pratchetta mimo wszystko tworzą odrębne historie, nieodmiennie
wywołujące uśmiech na twarzy czytającego – w tym momencie lojalnie ostrzegam,
że czytanie ich w miejscach publicznych może skończyć się przykładowo dziwnymi
spojrzeniami ze strony współpasażerów, kiedy nagle wybuchniecie śmiechem nie do
opanowania.
Jednak
Carpe jugulum to nie tylko książka,
przy której człowiek zapomina o większości codziennych problemów. To także
fragment większej całości, świata, do którego chciałoby się przenieść chociaż
na chwilę. Terry Pratchett w powieściach o Świecie Dysku stworzył bowiem
niepowtarzalną rzeczywistość, płaski świat niesiony na grzbietach czterech potężnych
słoni stojących na grzbiecie Wielkiego A’Tuina, cierpliwie płynącego przez
kosmos. W każdej ze swoich książek, pisanych jakby z przymrużeniem oka, ale też
pełnych czarnego humoru i ironii, Pratchett nawiązuje do motywów
pojawiających się zarówno w klasyce literatury, jak i muzyce czy sztuce, odwołuje się do
różnych ustrojów politycznych, wyciąga na światło dzienne niedociągnięcia
kapitalizmu, fanatyzm religii czy konsekwencje wojny. Wszystko to jednak
potrafi ubrać w słowa tak, że czytelnik dopiero po jakimś czasie zdaje sobie
sprawę z tego, że ten facet faktycznie może mieć rację. A mądrość mojej
ulubionej Babci Weatherwax spokojnie można odnieść do otaczającej nas
rzeczywistości. Jej rozmowa z Wielce Oatsem mówi sama za siebie.
- To nie
takie proste. Nie wszystko jest czarne albo białe. Istnieją liczne odcienie
szarości.
- Nie.
- Nie.
- Proszę?
- Nie ma
szarości, tylko biały, który został ubrudzony. Dziwię się, że o tym nie wiesz.
A grzech, młody człowieku, jest wtedy, kiedy traktujesz ludzi jak rzeczy. W tym
samego siebie. Na tym polega grzech.
- To jednak
bardziej skomplikowane…
- Nie. Wcale
nie. Kiedy ludzie mówią, że coś jest o wiele bardziej skomplikowane, to znaczy,
że się obawiają, że prawda im się nie spodoba. Ludzie jako rzeczy, od tego
wszystko się zaczyna.
Wszystkim
szczerze polecam tę niezwykle pozytywną lekturę. I ostrzegam, jeśli spodobał Ci
się jeden Pratchett, nie powstrzymasz się przed przeczytaniem całej reszty :)
O
Carpe jugulum napisałam w ramach
wyzwania Book-Trotter (literatura brytyjska). W kolejnych miesiącach postaram
się pisać więcej, lojalnie ostrzegam i obiecuję ;)
czwartek, 17 stycznia 2013
Rok
Dziwnie się poczułam, kiedy dziś uświadomiłam sobie, że właśnie mija rok od założenia przeze mnie bloga. Nie jest to może blog najbardziej odkrywczy i najpopularniejszy, ale na moje skromne potrzeby spokojnie wystarcza. Założyłam go głównie po to, żeby móc dzielić się jedną ze swoich pasji (bo chyba tak mogę to nazwać), czyli haftem krzyżykowym. Nie tworzę nie wiadomo jakich cudeniek, wybieram głównie wzory, które mi się podobają i w danej chwili odpowiadają mojemu nastrojowi, zarzuciłam już jakiś czas temu kolosy, które potrafiły mnie zmęczyć i czasem nie prezentowały się zbyt pięknie. Wiem, że gdybym zabrała się za nie obecnie, byłabym mądrzejsza o kilka wskazówek, wiedziałabym czego unikać i na co zwrócić uwagę. I efekt byłby lepszy :) Cóż, nawet podczas machania igłą człowiek się uczy ;)
Już teraz wiem, że prowadzenie tego bloga sprawiło mi przez ten rok dużo radości, chociaż miałam też chwile zwątpienia i zastanawiałam się czy jest sens pisać cokolwiek, co zniknie w czeluściach internetu. Blogi, podobnie jak różnego rodzaju portale społecznościowe, są obecnie jakąś formą wyrazu, upublicznienia się, czasem służą reklamie, w innym przypadku po prostu chęci nawiązania nowych znajomości. Zdarza się też, że są rodzajem publicznego pamiętnika, w którym człowiek dzieli się z innymi swoimi przemyśleniami. Nie mam pojęcia, w którym momencie się znajduję, ale chwilowo jakoś nie zaprzątam sobie tym głowy ;)
Ponieważ mamy styczeń, początek kolejnego roku, który traktowany jest przez jednych jako czas podsumowań, a przez innych jako czas, w którym można podjąć się nowych wyzwań, i ja postanowiłam choć trochę się temu poddać.
Na Waszych blogach widziałam najróżniejsze zestawienia, kompilacje, szeregi zdjęć i najróżniejsze opisy. Nie zależy mi na tym, żeby w jeden wpis upchnąć te wszystkie rzeczy, które udało mi się wyhaftować w 2012 roku, więc tu macie małe podsumowanie ;) Jeśli coś Wam się podoba, zawsze możecie zajrzeć do archiwum :)
Nie myślałam, że uzbiera się tego aż tyle...Chociaż z drugiej strony wcale tych prac aż tak dużo nie jest. I przyznaję się bez bicia, elf Nimue wymaga jeszcze dodania kilku backstitchy, żeby był w pełni gotowy, ale mimo wszystko dorzuciłam go do całej reszty.
Zobaczymy jak haft będzie mi szedł w tym roku, chwilowo ograniczają mnie nieco fundusze i chciałabym się też zająć poważniej czymś innym. Czym? Moim w sumie jedynym postanowieniem noworocznym... Czytać więcej :) Czytać więcej i tym, co czytam, zacząć się dzielić z Wami. Żeby zmotywować się do działania, w styczniu przyłączyłam się do akcji organizowanej przez Kącik z książką.
Akcja organizowana jest przez Kasię, założycielkę bloga i opiera się na zasadzie, że w każdym kolejnym miesiącu roku czytamy książki pochodzące z innego krańca świata, a potem dzielimy się z resztą uczestników recenzjami tych pozycji, które nas zainteresowały. W styczniu na tapecie jest literatura angielska, więc i ja sięgnęłam na półkę po te książki, za które chciałam się wziąć już jakiś czas temu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w styczniu i na tym blogu pojawią się recenzje utworów, którymi chciałabym się z Wami podzielić :)
Tak, nadszedł czas, żeby poświęcić nieco więcej czasu literaturze. A w każdym razie zrobić to w sposób bardziej widoczny ;) Studia polonistyczne do czegoś jednak zobowiązują...
Już teraz wiem, że prowadzenie tego bloga sprawiło mi przez ten rok dużo radości, chociaż miałam też chwile zwątpienia i zastanawiałam się czy jest sens pisać cokolwiek, co zniknie w czeluściach internetu. Blogi, podobnie jak różnego rodzaju portale społecznościowe, są obecnie jakąś formą wyrazu, upublicznienia się, czasem służą reklamie, w innym przypadku po prostu chęci nawiązania nowych znajomości. Zdarza się też, że są rodzajem publicznego pamiętnika, w którym człowiek dzieli się z innymi swoimi przemyśleniami. Nie mam pojęcia, w którym momencie się znajduję, ale chwilowo jakoś nie zaprzątam sobie tym głowy ;)
Ponieważ mamy styczeń, początek kolejnego roku, który traktowany jest przez jednych jako czas podsumowań, a przez innych jako czas, w którym można podjąć się nowych wyzwań, i ja postanowiłam choć trochę się temu poddać.
Na Waszych blogach widziałam najróżniejsze zestawienia, kompilacje, szeregi zdjęć i najróżniejsze opisy. Nie zależy mi na tym, żeby w jeden wpis upchnąć te wszystkie rzeczy, które udało mi się wyhaftować w 2012 roku, więc tu macie małe podsumowanie ;) Jeśli coś Wam się podoba, zawsze możecie zajrzeć do archiwum :)
Nie myślałam, że uzbiera się tego aż tyle...Chociaż z drugiej strony wcale tych prac aż tak dużo nie jest. I przyznaję się bez bicia, elf Nimue wymaga jeszcze dodania kilku backstitchy, żeby był w pełni gotowy, ale mimo wszystko dorzuciłam go do całej reszty.
Zobaczymy jak haft będzie mi szedł w tym roku, chwilowo ograniczają mnie nieco fundusze i chciałabym się też zająć poważniej czymś innym. Czym? Moim w sumie jedynym postanowieniem noworocznym... Czytać więcej :) Czytać więcej i tym, co czytam, zacząć się dzielić z Wami. Żeby zmotywować się do działania, w styczniu przyłączyłam się do akcji organizowanej przez Kącik z książką.
Akcja organizowana jest przez Kasię, założycielkę bloga i opiera się na zasadzie, że w każdym kolejnym miesiącu roku czytamy książki pochodzące z innego krańca świata, a potem dzielimy się z resztą uczestników recenzjami tych pozycji, które nas zainteresowały. W styczniu na tapecie jest literatura angielska, więc i ja sięgnęłam na półkę po te książki, za które chciałam się wziąć już jakiś czas temu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w styczniu i na tym blogu pojawią się recenzje utworów, którymi chciałabym się z Wami podzielić :)
Tak, nadszedł czas, żeby poświęcić nieco więcej czasu literaturze. A w każdym razie zrobić to w sposób bardziej widoczny ;) Studia polonistyczne do czegoś jednak zobowiązują...
Pozdrawiam literacko :)
P.S. Zapomniałabym, zastanawiam się nad zorganizowaniem w najbliższym czasie rocznicowego candy, więc bądźcie czujne :)
niedziela, 9 grudnia 2012
w zakamarkach...
Znów dorwałam się do laptopa o dziwnej porze, kiedy większość "normalnych" ludzi już śpi albo w sobotni wieczór spędza czas na mieście. I przeglądając różne strony, prowadząc też wirtualny dialog na mniej i bardziej przyziemne tematy, odczułam nagle potrzebę napisania czegoś właśnie tu, teraz.
Zauważyłam u siebie ostatnio nie do końca dobry odruch, nad którym zaczęłam się zastanawiać. Założyłam tego bloga prawie rok temu. Głównie dla siebie, żeby móc udokumentować to, co aktualnie sprawia mi radość i pokazać nie tylko sobie i swojej szufladzie to, nad czym czasem pracuję, co czasem haftuję gdzieś na marginesie codzienności. Podziwiałam też już wcześniej dziesiątki innych blogów, na których dziewczyny stworzyły fantastyczne światy pełne haftowanych, szytych, wyklejanych przez nie cudeniek i skarbów. Blogów, które tętnią życiem, pełne są zakamarków, w które przyjemnie się zagląda, odsyłaczy, które przekierowują w inny wymiar. Pojawiają się też na nich wspaniałe komentarze, tworzą niezwykłe znajomości i przyjaźnie...
Jestem z natury zdystansowanym człowiekiem, długo dojrzewającym do przyjaźni, ale kiedy już do niej dojrzewam, nie lubię jej głupio tracić czy zaniedbywać. Jednak nie wszyscy ludzie mają do tego (i do mnie) cierpliwość. Bloga założyłam między innymi też po to, żeby mieć swoje miejsce w wirtualnej rzeczywistości, żeby nie być całkowicie anonimowym komentującym, który pozostawia kolejny niepodpisany komentarz zachwycający się czyjąś pracą. Ostatnio zaczęłam się jednak stresować, że zbyt rzadko piszę nowe notki, że niewiele blogów tak naprawdę odwiedzam, a właściwie niewiele śladów na nich po sobie pozostawiam, chociaż niejednokrotnie podziwiam to, co u kogoś powstało. I uświadomiłam sobie to, że to miejsce ma być dla mnie. Dla innych i dla mnie. A jeśli ja będę miała jakieś zastrzeżenia i przez to będę wszystko zaniedbywać, nie poprawi to niczego. Więc przyznaję się bez bicia do tej mojej chwili słabości i piszę o tym, co ostatnio sprawiło mi dużą radość. Chociaż nie zawsze musi być to haft.
Bo radość tę sprawiły mi ostatnio mikołajkowe prezenty, obydwa pobudzające wyobraźnię, przyjazne dla oka i dla ucha, a już w szczególności dla umysłu i serca. Jeden z nich to biografia Tove Jansson Mama Muminków, którą sprezentowali mi rodzice.
Przyzwyczaili się już do mojego chomikowania książek i jeśli tylko zasygnalizuję im, że coś wpadło mi w oko, w ramach jakichś prezentowych okazji uzupełniają braki na moich półkach (chociaż miejsca już właściwie na nich nie ma...). Przyznaję się bez bicia, że książki o Muminkach czytałam na wyrywki, więc nie mogę powiedzieć, że jestem znawczynią tematu. Ale i tak zdążyłam (oczywiście!) pokochać chadzającego własnymi ścieżkami Włóczykija, podziwiać silny charakter Małej Mi i irytować się z powodu Panny Migotki... Jestem bardzo ciekawa tego, jaką osobą była tak naprawdę kobieta, która stworzyła te niezwykłe postacie, które skryły się gdzieś w skandynawskich krainach, a ciekawość tę spotęgowała jeszcze audycja, której kiedyś słuchałam w radiowej Trójce. Stąd prośba o biografię Tove Jansson. Jak tylko skończę czytać Korekty Jonathana Franzena, sięgnę po właśnie tę książkę :)
A poza książką dostałam też płytę... płytę z muzyką, która jednoznacznie kojarzy mi się z niezwykle przyjemnym okresem w moim życiu. Jest to płyta polskiej wokalistki Kari Amirian... i muszę Wam powiedzieć, że dziewczyna jest niesamowita.
Kari śpiewa po angielsku, a jej muzyka kojarzy mi się głównie z niezwykłymi skandynawskimi przestrzeniami, z życiem w zgodzie z naturą, z dyskretnym pięknem przyrody, z niezwykłą dbałością o drugiego człowieka, z uczuciami... Miałam okazję słuchać jej na żywo i jest to niezapomniane przeżycie. Szczerze polecam debiutancką płytę tej młodej polskiej artystki, naprawdę warto po nią sięgnąć. Postaram się napisać o niej coś więcej, bo naprawdę warto :)
A teraz zbieram się już jednak do łóżka... Niedługo pokażę hafty, które przygotowuję na aukcję charytatywną dla małej Oliwki, która walczy z rakiem. Ale o tym będzie najprawdopodobniej następna notka. Kto wie, może ktoś jeszcze będzie chciał pomóc.
Spokojnej nocy :)
Zauważyłam u siebie ostatnio nie do końca dobry odruch, nad którym zaczęłam się zastanawiać. Założyłam tego bloga prawie rok temu. Głównie dla siebie, żeby móc udokumentować to, co aktualnie sprawia mi radość i pokazać nie tylko sobie i swojej szufladzie to, nad czym czasem pracuję, co czasem haftuję gdzieś na marginesie codzienności. Podziwiałam też już wcześniej dziesiątki innych blogów, na których dziewczyny stworzyły fantastyczne światy pełne haftowanych, szytych, wyklejanych przez nie cudeniek i skarbów. Blogów, które tętnią życiem, pełne są zakamarków, w które przyjemnie się zagląda, odsyłaczy, które przekierowują w inny wymiar. Pojawiają się też na nich wspaniałe komentarze, tworzą niezwykłe znajomości i przyjaźnie...
Jestem z natury zdystansowanym człowiekiem, długo dojrzewającym do przyjaźni, ale kiedy już do niej dojrzewam, nie lubię jej głupio tracić czy zaniedbywać. Jednak nie wszyscy ludzie mają do tego (i do mnie) cierpliwość. Bloga założyłam między innymi też po to, żeby mieć swoje miejsce w wirtualnej rzeczywistości, żeby nie być całkowicie anonimowym komentującym, który pozostawia kolejny niepodpisany komentarz zachwycający się czyjąś pracą. Ostatnio zaczęłam się jednak stresować, że zbyt rzadko piszę nowe notki, że niewiele blogów tak naprawdę odwiedzam, a właściwie niewiele śladów na nich po sobie pozostawiam, chociaż niejednokrotnie podziwiam to, co u kogoś powstało. I uświadomiłam sobie to, że to miejsce ma być dla mnie. Dla innych i dla mnie. A jeśli ja będę miała jakieś zastrzeżenia i przez to będę wszystko zaniedbywać, nie poprawi to niczego. Więc przyznaję się bez bicia do tej mojej chwili słabości i piszę o tym, co ostatnio sprawiło mi dużą radość. Chociaż nie zawsze musi być to haft.
Bo radość tę sprawiły mi ostatnio mikołajkowe prezenty, obydwa pobudzające wyobraźnię, przyjazne dla oka i dla ucha, a już w szczególności dla umysłu i serca. Jeden z nich to biografia Tove Jansson Mama Muminków, którą sprezentowali mi rodzice.
Przyzwyczaili się już do mojego chomikowania książek i jeśli tylko zasygnalizuję im, że coś wpadło mi w oko, w ramach jakichś prezentowych okazji uzupełniają braki na moich półkach (chociaż miejsca już właściwie na nich nie ma...). Przyznaję się bez bicia, że książki o Muminkach czytałam na wyrywki, więc nie mogę powiedzieć, że jestem znawczynią tematu. Ale i tak zdążyłam (oczywiście!) pokochać chadzającego własnymi ścieżkami Włóczykija, podziwiać silny charakter Małej Mi i irytować się z powodu Panny Migotki... Jestem bardzo ciekawa tego, jaką osobą była tak naprawdę kobieta, która stworzyła te niezwykłe postacie, które skryły się gdzieś w skandynawskich krainach, a ciekawość tę spotęgowała jeszcze audycja, której kiedyś słuchałam w radiowej Trójce. Stąd prośba o biografię Tove Jansson. Jak tylko skończę czytać Korekty Jonathana Franzena, sięgnę po właśnie tę książkę :)
A poza książką dostałam też płytę... płytę z muzyką, która jednoznacznie kojarzy mi się z niezwykle przyjemnym okresem w moim życiu. Jest to płyta polskiej wokalistki Kari Amirian... i muszę Wam powiedzieć, że dziewczyna jest niesamowita.
![]() |
| (projekt okładki i całej książeczki w środku: Paulina Bartnik) |
Kari śpiewa po angielsku, a jej muzyka kojarzy mi się głównie z niezwykłymi skandynawskimi przestrzeniami, z życiem w zgodzie z naturą, z dyskretnym pięknem przyrody, z niezwykłą dbałością o drugiego człowieka, z uczuciami... Miałam okazję słuchać jej na żywo i jest to niezapomniane przeżycie. Szczerze polecam debiutancką płytę tej młodej polskiej artystki, naprawdę warto po nią sięgnąć. Postaram się napisać o niej coś więcej, bo naprawdę warto :)
A teraz zbieram się już jednak do łóżka... Niedługo pokażę hafty, które przygotowuję na aukcję charytatywną dla małej Oliwki, która walczy z rakiem. Ale o tym będzie najprawdopodobniej następna notka. Kto wie, może ktoś jeszcze będzie chciał pomóc.
Spokojnej nocy :)
wtorek, 24 lipca 2012
dziś będzie recenzencko :)
Ephraim Kishon
W tył zwrot, pani Lot!
Ephraim Kishon jest znanym żydowskim pisarzem węgierskiego pochodzenia, felietonistą, humorystą i reżyserem, którego opowiadania słyną z niezwykłego poczucia humoru, a ich autor z umiejętnego obrazowania absurdów izraelskiej rzeczywistości i codzienności. O ich powodzeniu świadczyć może fakt, że opublikowane do tej pory powieści, zbiory opowiadań i farsy sprzedały się w ponad 40 milionach egzemplarzy. I właśnie z tego typu literaturą, niezwykle popularną i wywołującą uśmiech na twarzy mamy do czynienia w zbiorze W tył zwrot, pani Lot!.
Książka ta to zbiór prawie czterdziestu różnorodnych opowiadań, a ta naprawdę humoresek, których akcja rozgrywa się w Izraelu, głównie w stolicy tego państwa. Wszystkie one pisane są w pierwszej osobie, a ich narratorem jest autor całości, który z przymrużeniem oka opisuje otaczający go świat. A ma co opisywać. Mamy więc do czynienia między innymi z prześmiewczą krytyką urzędników, polityków, sprzedawców kebabów, terrorystów i negocjatorów, artystów i reżyserów, dziennikarzy i inżynierów, lekarzy, wariatów i imigrantów. Kishon nie oszczędza również siebie ani swojej rodziny. Czytamy o quizie ze znajomości książki telefonicznej, o absurdach miejskiej biurokracji i niezrozumiałych przepisach dotyczących możliwości zawarcia związku małżeńskiego, o urzędnikach w banku wyznaczających terminy, w których na ów bank można napaść i o taksówkarzach mających w nosie wszelkie przepisy.
Moimi ulubionymi humoreskami są natomiast: „Dziwna przygoda dostojnika”, która pokazuje, jak bardzo oderwani od rzeczywistości mogą być urzędnicy wyższego szczebla i ludzie wpływowi, przemieszczający się jedynie limuzyną, w ogóle nie uczestniczący w normalnym, codziennym życiu miasta, zmuszeni nagle do pieszej wędrówki przez jego ulice; „Prezenty dla ojca i syna”, która opisuje przyjęcie związane z Bar Micwą i zachowanie syna narratora, młodego i obrotnego chłopca, który sukcesywnie ocenia prezenty od gości – czytając to opowiadanie, miałam nieodparte wrażenie, że czytam historyjkę, która równie dobrze mogłaby mieć miejsce podczas uroczystego rodzinnego obiadu po Pierwszej Komunii Świętej; „Kredyt długoterminowy”, w której główny bohater postanawia wziąć kredyt, co kończy się absurdalną, ale jakże prawdziwą, dodatkową wpłatą na konto banku; „Sprawiedliwości dla doktora Partzufa” będąca ilustracją ludzkiej irytacji podczas godzin szczytu w komunikacji miejskiej i wynikających z niej konsekwencji; „Kto, z kim, kogo na ekranie telewizora”, w której 3/4 izraelskiego społeczeństwa w piątkowy wieczór zasiada przed telewizorem, żeby oglądać „Sagę rodu Forsyte’ów” i komentować wartko toczącą się akcję w podobny sposób, jak u nas swego czasu komentowało się zawiłości popularnej wśród gospodyń „Mody na Sukces”; „Dwie wersje pewnego wywiadu”, która jest humoreską pokazującą, jak dziennikarze skutecznie potrafią nagiąć wypowiedzi osób, z którymi przeprowadzają wywiad do tego, co sobie założyli; „Nie ma litości dla wierzycieli”, w której opisana jest sytuacja, z którą najprawdopodobniej wielu z nas miało do czynienia przynajmniej raz w życiu, opisująca zachowanie dobrego znajomego, któremu narrator nieopatrznie pożyczył pieniądze. A wszystko to opisane językiem lekkim i swobodnym, który sprawia, że czytelnik nie jest w stanie przejść nad opowiadaniami obojętnie, nie uśmiechając się przy tym pod nosem albo śmiejąc w głos nad kolejnymi tekstami.
Przeglądając pisane niedawno recenzje młodych ludzi, którzy sięgnęli po zbiór humoresek Ephraima Kishona, po raz pierwszy wydanych prawie sześćdziesiąt lat temu, nie znalazłam praktycznie ani jednej negatywnej opinii na temat tej książki. I nic dziwnego. Mimo swojego „wieku” jest to pozycja, po którą będzie można śmiało sięgnąć i za kolejnych pięćdziesiąt lat. Kishon umiejętnie obnaża w nich ludzką głupotę, zwraca uwagę na absurdy codzienności i posiłkując się groteską i humorem, opisuje nielubianą przez wielu rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Przy pomocy śmiechu, ironii i sarkazmu, którym posługuje się z przymrużeniem oka, autor oswaja to wszystko, co niejednokrotnie drażni, irytuje i nie pozwala człowiekowi spokojnie zasnąć. I mimo tego, że akcja opowiadań Kishona rozgrywa się w Izraelu, to bez problemu z podobnie drażniącymi sytuacjami możemy spotykać się w Polsce czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bo głupota ludzka jest wszechobecna. Jego opowiadania, dotyczące w gruncie rzeczy niezwykle uniwersalnych problemów, czyta się szybko (sama pochłonęłam książkę w niecały dzień) i kiedy czytelnik dociera do ostatniej strony, pozostaje po nich niedosyt. A w głowie pojawia się myśl: „Chcę więcej”.
piątek, 15 czerwca 2012
Mól
Co ostatnio robię? Uskuteczniam pochłanianie książek. W ciągu dwóch dni jestem w stanie przeczytać jedną, w ciągu tygodnia prawie trzy. Fakt ten znacznie ułatwiają mi praktyki w wydawnictwie, ale naprawdę ostatnio zauważyłam u siebie wzmożony apetyt. Jak tak dalej pójdzie, pod koniec roku na liczniku będę miała prawie setkę.
O kilku z przeczytanych książek chcę Wam napisać coś od siebie, a na razie pokażę tylko okładki, być może znajdą się zainteresowani już teraz :)
Trzecia z nich, to Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji - niesamowicie pozytywna książka :)
Ale o lekturach dziś pisać nie będę... a to dlatego, że po prostu padam na twarz ;)
O kilku z przeczytanych książek chcę Wam napisać coś od siebie, a na razie pokażę tylko okładki, być może znajdą się zainteresowani już teraz :)
zdjęcia zaczerpnięte ze strony Wydawnictwa W.A.B.
www.wab.com.pl
Trzecia z nich, to Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji - niesamowicie pozytywna książka :)
Ale o lekturach dziś pisać nie będę... a to dlatego, że po prostu padam na twarz ;)
Dobrej nocy życzy Carse :)
środa, 30 maja 2012
Dzień Dziesiąty (MWF) i nie tylko :)
(Światło)CIEŃ
Mariensztat niezmiennie przeze mnie ulubiony.
Zauważyłam, że ostatnio bardzo zaniedbuję haft - i brakuje mi czasu na to, żeby coś dokończyć, i brakuje czasu, żeby pokazać, co udało mi się zrobić do tej pory. Na razie zajmuję się między innymi obrazkiem do Wiśniowego SAL-a (SAL-u?) organizowanego przez Mysię. No i co? No i dopiero teraz zauważyłam, że zgubiłam jedną z mulin... wypadła mi z torby gdzieś na Krakowskim Przedmieściu i mogę mieć tylko nadzieję, że ktoś, kto zwrócił uwagę na ten mały motek leżący na ziemi, wykorzystał go jakoś. A wydawało mi się, że podniosłam wszystkie zguby...
Poza SAL-em jakiś czas temu skończyłam też prezent, który miał być niespodzianką dla przyjaciółki ze studiów. Niczego jej nie mówiąc, zapakowałam kilka drobiazgów w kopertę, napisałam krótki list (list właściwy w tym czasie szedł do niej z Chorwacji) i poszłam na pocztę. Kilka dni później dostałam telefon i usłyszałam: "Kaja, nie uwierzysz, wracam z koncertu, patrzę na łóżko, a tu jakaś duża brązowa koperta. Myślałam, że to któryś z obrazów taty, ale nie - moje imię! Zaglądam do środka, a tam...
Niesamowite, prawda? Kot Simona! Z dedykacją w środku! A do tego etui na telefon... Pasuje idealnie! Ale się ktoś postarał. Uwierzyłabyś?", pełna powaga ;p Muszę powiedzieć, że uwielbiam robić Ani niespodzianki ;) Zasłużyła sobie dziewczyna...
A tak poza tym mam nową lekturę na najbliższe dni - oczywiście dzięki wydawnictwu, w którym robię praktyki. Przejrzałam już nową książkę o Korczaku, a że kończę praktykę w jednym dziale i niedługo przechodzę do następnego, to mogłam wybrać sobie dwie pozycje z półki w dziale promocji :) Długo się nie zastanawiałam.
Czasem nachodzi mnie chęć na przeczytanie książki w tych klimatach. A do tego one są tak pięknie wydane. Na razie tylko je głaszczę, przytulam i przekładam z miejsca na miejsce :) Ale Corvus już się do mnie uśmiecha, niech tylko skończę czytać Lato przed zmierzchem Doris Lessing.
Literacko pozdrawiam :)
niedziela, 11 marca 2012
króciutko tak
Jestem właśnie na etapie zapoznawania się z niezwykłą postacią... postacią, która kojarzy mi się nieodmiennie z tegorocznym wyjazdem i pobytem w Grecji. Z klimatem małej knajpki na skraju plaży, brodatym Grekiem w porcie na Milos, zakamarkami i krętymi uliczkami na Naxos...
"Wszechświat - lądy, wody, myśli ludzkie - płynął wolno ku dalekiemu morzu, a Zorba płynął wraz z nim, nie stawiając oporu, nie zadając pytań, szczęśliwy".
![]() |
| (zdjęcie ze strony Wydawnictwa Muza) |
Tak, ta postać zawładnęła mną ostatnio. Kiedy czytam tę książkę, robię coś, co nieczęsto towarzyszy mi podczas lektury - a mianowicie robię notatki. Gromadzę cytaty. Choć mam wrażenie, że konkretne słowa przyciągają moją uwagę, ponieważ są dla mnie aktualne w danej chwili. Być może nie skupiłabym się na nich, gdyby moje życie toczyło się teraz inaczej...
Na dobry sen jeszcze jeden cytat, moim zdaniem całkiem trafnie opisujący klimat tego niezwykłego kraju, jakim jest Grecja.
"Nigdzie tak łagodnie i łatwo nie przechodzi się od rzeczywistości do marzenia. Zacierają się granice, a maszty najstarszych okrętów obrastają owocami jak pędy winogron. Można powiedzieć, że tu, w Grecji, cud rodzi się na zawołanie".
/Nikos Kazantzakis, Grek Zorba/
Subskrybuj:
Posty (Atom)








