Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie czytelnicze 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie czytelnicze 2012. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2012

zielono mi

Tak sobie siedzę i czekam aż dotrze do mnie opóźniona wymiankowa paczka, czytam książeczki (dosłownie - są małe, lekkie i wyjątkowo poręczne), które kiedyś ściągnęłam z półki w bibliotece w ramach "Księżycowych darów" (czy też macie u siebie podobne akcje? - do biblioteki przynoszone są przez ludzi niepotrzebne im książki i każdy zainteresowany może sięgnąć po taki "księżycowy dar" i bez żadnych zobowiązań zabrać go do domu - jak ja lubię móc mieć książki za darmo ;)) i usiłuję konstruktywnie zawalczyć o pracę. Na razie odezwała się jedna firma z informacją, że przeszłam do kolejnego etapu rekrutacji, teraz muszę "tylko" wykazać się umiejętnością odpowiedniego układania myśli na papierze... No nic, postaram się pokazać z jak najlepszej strony :)

A w międzyczasie pokażę Wam kolejną wykończoną "zakładkę" z wzorkiem Nimue. Pokazuje ona idealnie, jakie mam problemy z równym przycięciem filcu ;p Może macie na to jakąś radę? ;)



W sumie wciąż się uczę odpowiedniego wykańczania haftów, ale nie uznaję tego za wytłumaczenie. Zmieniłam też nieco wyraz twarzy skrzata - na oryginale nie należał do szczególnie zadowolonych z życia... ale co to za przyjemność, mieć pod ręką obrazek ze smutnym skrzatem ;)

Aha, gdybyście potrzebowali niedużej lektury do pociągu, autobusu, tramwaju, kolejki etc., to polecam te dwie pozycje:



Wydanie stare, ale dobre. I opowiadania zawarte w środku dają do myślenia, oj dają ;) Szczerze mówiąc, "Uśmiech Giocondy" był dla mnie napisany trochę w klimacie opowiadań Cortazara albo E.A. Poe... niepokojący. Chyba mam ostatnio nastrój na podobne lektury ;)

niedziela, 11 marca 2012

króciutko tak

Jestem właśnie na etapie zapoznawania się z niezwykłą postacią... postacią, która kojarzy mi się nieodmiennie z tegorocznym wyjazdem i pobytem w Grecji. Z klimatem małej knajpki na skraju plaży, brodatym Grekiem w porcie na Milos, zakamarkami i krętymi uliczkami na Naxos...

"Wszechświat - lądy, wody, myśli ludzkie - płynął wolno ku dalekiemu morzu, a Zorba płynął wraz z nim, nie stawiając oporu, nie zadając pytań, szczęśliwy".

(zdjęcie ze strony Wydawnictwa Muza)

Tak, ta postać zawładnęła mną ostatnio. Kiedy czytam tę książkę, robię coś, co nieczęsto towarzyszy mi podczas lektury - a mianowicie robię notatki. Gromadzę cytaty. Choć mam wrażenie, że konkretne słowa przyciągają moją uwagę, ponieważ są dla mnie aktualne w danej chwili. Być może nie skupiłabym się na nich, gdyby moje życie toczyło się teraz inaczej...
Na dobry sen jeszcze jeden cytat, moim zdaniem całkiem trafnie opisujący klimat tego niezwykłego kraju, jakim jest Grecja.

"Nigdzie tak łagodnie i łatwo nie przechodzi się od rzeczywistości do marzenia. Zacierają się granice, a maszty najstarszych okrętów obrastają owocami jak pędy winogron. Można powiedzieć, że tu, w Grecji, cud rodzi się na zawołanie".
/Nikos Kazantzakis, Grek Zorba/

czwartek, 1 marca 2012

zabiegana

Zaniedbuję bloga. Założyłam go nie tak znowu dawno temu, a już zdarzają mi się kilkudniowe luki we wpisach. I co? I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Może tylko to, że zajęcia związane z praktykami wypadają mi w różnych dziwnych godzinach, część czasu wolnego spędzam ze swoją drugą połówką, część ze znajomymi, z którymi ostatnio jest wyjątkowo zabawnie, a część... no tak, część poświęcam książkom, i to wcale nie tym, którym powinnam. Bo zagapiłam się trochę i uświadomiłam sobie, że już 1 marca, a ja powinnam napisać kolejny licencjat i obronić go w tym roku. Hm... Nie będzie to bardzo skomplikowana czynność, ale jednak wypadałoby poświęcić jej trochę czasu.

Zamiast tego zdążyłam w ciągu ostatniego miesiąca przeczytać dwie książki, które od dłuższego już czasu kurzyły się na mojej półce. Pierwsza z nich to "Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro. Być może pamiętacie film o tym samym tytule - film bardzo dobry, klimatyczny, po angielsku stonowany, ale mimo wszystko pełen emocji. Główne role grali w nim Anthony Hopkins i Emma Thompson - dwójka aktorów, których bardzo sobie cenię. A że film obejrzałam już dawno temu i bardzo przypadł mi do gustu, to kiedy sięgnęłam po książkę, przez jej strony przemykały się właśnie ich twarze i nic nie mogłam na to poradzić.

(zdjęcie ze strony filmweb.pl)

 Kazuo Ishiguro stworzył w swojej książce niezwykłą postać angielskiego kamerdynera Stevensa, człowieka całym sercem i duszą oddanego swojej pracy, który nie widzi nic poza nią. Całe jego życie toczy się wokół spraw i problemów jego pracodawcy - problemów zarówno drobnych (jak chociażby to, czy figurki w posiadłości stoją na właściwym miejscu, czy kurze zostały odpowiednio starte, czy lord otrzymał herbatę na czas), jak i tych o skali wręcz światowej. Bowiem po zakończeniu I wojny światowej jego pracodawca, lord Darlington, pełen staroświeckiej dumy i honorowy człowiek, postanawia wynagrodzić zaprzyjaźnionemu Niemcowi to, że jego naród przegrał i jest traktowany po macoszemu. W związku z tym na kartach powieści możemy się zetknąć z nazwiskami, które mają duże znaczenie dla losów świata (jak chociażby wszystkim znani Ribbentrop i Mołotow). Historia opisująca błędy, jakie popełniała stara angielska arystokracja w czasach poprzedzających II wojnę światową jest jednak właściwie tylko tłem dla historii samego Stevensa, człowieka, który posiada swój własny kodeks postępowania, zasady, których nigdy nie łamie, porządek, którego zawsze przestrzega. Praca na stanowisku kamerdynera jest dla niego czymś więcej, niż tylko zwykłą pracą - jest dla niego filozofią życiową. To właśnie najbardziej przeraziło mnie w tej książce. To, że człowiek może poświęcić wszystko, żeby spełnić czyjeś oczekiwania, żeby być idealnym cieniem przemykającym się korytarzami pięknej angielskiej posiadłości, pilnującym porządku, pilnującym, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a harmonogram dnia zgadzał się z tym, co zostało ustalone wcześniej. Stevens całkowicie zatraca siebie na rzecz lorda, który był dla niego wręcz czymś w rodzaju bóstwa - nieomylnego, wspaniałego, nieodwołalnego.
I pośród tego wszystkiego pojawiła się panna Kenton, zatrudniona na stanowisku gospodyni, kobieta rzeczowa, atrakcyjna i potrafiąca odpowiednio zarządzać służbą. Chociaż w książce ani razu nie pojawia się słowo "miłość", to da się je wyczuć, delikatnie przenikające przez konkretne wypowiedzi kamerdynera, który jest jednocześnie narratorem całej powieści. Jego uczucie jest jednak bardzo specyficzne, każda jego namiastka ujawniana jest ze wstydem i szybko znika, tępiona przez Stevensa. Czasem miałam wrażenie, że traktował to uczucie wręcz jak jakieś niebezpieczne schorzenie, które może jedynie przeszkodzić we właściwym wypełnianiu obowiązków. Nie bez powodu z resztą potępiał związki między służbą. Poruszające jest też to, jak opowiada on o ćwiczeniu się w żartach i uśmiechach - tak, jakby poczucie humoru wynikało jedynie z regularnych ćwiczeń przed lustrem i lektury odpowiednich książek.
"Okruchy dnia", napisane z perspektywy starszego człowieka, który postanawia wykorzystać swój urlop i pojechać w odwiedziny do kobiety, którą kiedyś kochał i najpewniej wciąż kocha, są książką ukazującą dramat człowieka, który uświadamia sobie, że jego życie jest jedynie namiastką tego, co przeżyli i przeżywają inni. Choć wydarzenia w niej opisane dzieją się niespiesznie, w rytmie życia wiejskiej posiadłości, dla mnie była to książka przejmująca i naprawdę dająca do myślenia. Pokazująca, że człowiek, mimo największych chęci i starań, potrafi zgubić gdzieś tę drogę, która mogłaby doprowadzić go do szczęścia, a kiedy uświadamia sobie, ile błędów popełnił, jest już za późno.
Książkę naprawdę polecam, warto ją przeczytać, chociaż jest to jedna z tych pozycji, na którą trzeba mieć odpowiedni nastrój i najlepiej chwilę spokoju. No i jeśli ktoś nie widział filmu, niech obejrzy koniecznie! ;)

(zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa Albatros)
Poza tą książką przeczytałam też "Drogę do Indii" E.M. Forstera, którą dostałam kilka lat temu od mojej ukochanej babci. Ale o tej pozycji coś więcej napiszę już nie dziś ;)

Jeśli chodzi o moje postępy w hafcie xxx, to dokończyłam drugiego kota Margaret Sherry i już zdążył powędrować do nowej właścicielki. Miała go dostać dopiero w kwietniu, ale okazało się, że wtedy raczej nie będzie mogła przyjechać do Polski, więc skorzystałam z okazji i we wtorek wręczyłam go jej osobiście ;) Nie powiem, podobał jej się tak wczesny prezent ;p Zdjęcia robiłam na chybcika, tuż przed wyjściem, więc nie są najlepszej jakości, ale uwierzcie mi, naprawdę się starałam. Nie są podpisane, ponieważ wszystkie programy, dzięki którym mogłabym to zrobić jak na złość mi padły...






Ale możecie uwierzyć mi na słowo, że to zdjęcia mojego autorstwa ;) Poza tym wcale nie próżnuję, tworzę inne rzeczy, ale że przygotowuję je na zieloną wymiankę, więc trzeba będzie jeszcze trochę poczekać na pokazanie ich :)

poniedziałek, 6 lutego 2012

w "skrócie"

Dziś będzie bardzo krótko, ponieważ jutro muszę wstać około 5, żeby dotrzeć na 7 na praktykę... A że weekend znów spędziłam w miłym i wesołym towarzystwie, między innymi poznając uroki kolejnego niedużego pubu przy warszawskiej starówce (aż wstyd się przyznawać, ale w czasach liceum nie byłam wybitną imprezowiczką, a podczas studiów odwiedzałam głównie lokale na toruńskiej starówce, ponieważ na studia uciekłam właśnie na tamtejszą uczelnię - i nie żałuję - ale to jest już zupełnie inna historia ;)), to oczywiście nie miałam zbyt dużo czasu na chwytanie za igłę. Skończyłam za to Pratchetta, z drobnymi potknięciami językowymi i wsparciem słownika. Przydał się głównie wtedy, kiedy czytałam o podróży parostatkiem po rzece - słownictwo morsko-rzeczne, dotyczące między innymi budowy statków i spławiania towarów nie jest moją mocną stroną ;) Już wiem, że nie jest to książka, którą odłożę na półkę i już nigdy więcej po nią nie sięgnę. "Złodzieja czasu", którego też czytałam w oryginale, po pierwszym razie przeczytałam potem jeszcze 4 razy, coraz więcej rozumiejąc. Muszę powiedzieć, że książki Pratchetta nie należą do tych, które łatwo się czyta w oryginale, niezależnie od większego czy mniejszego zaawansowania jeśli chodzi o znajomość języka. Recenzji na temat "Snuff" pisać teraz nie będę - ponieważ czasu brak, a do tego muszę jeszcze przemyśleć całość, ale każdemu, kto zna tego autora i lubi jego książki, a do tego angielski nie jest mu straszny - szczerze polecam ją jako lekturę :) Aha, no i jest to pierwsza książka, którą skończyłam w tym roku, a stała na półce i czekała na mnie chwilę. To tak a propos wyzwania czytelniczego, którego się podjęłam w tym roku. Kiedyś pochłonięcie dużej ilości książek nie sprawiało mi większego problemu, ale kiedyś też było na to trochę więcej czasu. Albo po prostu lepiej nim gospodarowałam ;p
Na dobry sen, ponieważ nie lubię "gołych" wpisów, dwa zeszłoroczne zdjęcia z mojego studenckiego miasta :) Tak wyglądała o poranku moja droga na wydział. A wieczorami po skwerze po prawej uwielbiały kicać króliki mieszkające praktycznie w centrum miasta ;)