Już jakiś czas temu wyhaftowałam w prezencie grecką zakładkę Michaela Powella i już wtedy zauważyłam, że jest jeszcze kilka podobnych klimatycznych widoków, które mogłabym wykorzystać. Tym razem nie chodziło jednak o prezent - chciałam mieć chociaż jedną zakładkę dla siebie. Książek stoi u mnie dużo, czytam najczęściej więcej niż jedną w danej chwili, więc wiem, że na pewno coś do zaznaczenia strony, na której właśnie skończyłam, nie będzie się u mnie kurzyć.
Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać, więc z czasem wyhaftuję wszystkie z tej serii ;) A dziś możecie obejrzeć wenecki widok w kilku odsłonach. Dzięki temu można w pełni docenić pojawiające się sukcesywnie backstitche. A było ich dużo...
Kanwę tradycyjnie już naszyłam na bordowy filc - metoda jest sprawdzona i mam gwarancję, że zakładka nie zniszczy się zbyt szybko. A jeśli się ubrudzi, można ją spokojnie wyprać ;)
Przed i po.
Z "twórczych" rzeczy pojawiła się ostatnio u mnie też... tarta ze szpinakiem, fetą i wędzonym łososiem.
Oczywiście już dawno jej nie ma ;) Wyżywam się kulinarnie od jakiegoś czasu, więc prawdopodobnie nie będzie to jedyne zdjęcie jedzenia, którym się z Wami podzielę ;P
Udanego, słonecznego i spokojnego tygodnia Wam życzę :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Powell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Powell. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 marca 2015
niedziela, 8 lutego 2015
Trochę koloru
Zauważyłam już dawno, że kiedy za oknem szaleje zimowa zawierucha i temperatura spada, zamieniam się w kobietę nie z tej epoki. Być może dla niektórych nieco niewspółczesną, bo siadam wtedy najczęściej w domu, przeglądam prasę z przepisami na różne mniej lub bardziej wytrawne smakołyki, robię sobie półlitrowe kubki herbaty, czytam (obecnie "Wschód" Stasiuka i już niedługo ostatni tom "Ostańców") i haftuję... stawiam nałogowo, kompulsywnie wręcz, krzyżyki. Kończę jedną rzecz i zaraz zaczynam szukać kolejnego wzoru, który za mną chodzi, który kiedyś wpadł mi w oko. Mam ambitne plany na wykończenie gotowych prac, dopisuję do nich historie, obiecuję sobie, że pożyczę od dziadka maszynę do szycia i nauczę się na niej chociaż podstaw. Ale same rozumiecie, że nie zawsze robimy to, co planujemy ;) Nie ja jestem najlepiej zorganizowaną i poukładaną połówką w związku, musicie uwierzyć mi na słowo. Więc kolejne obrazki powstają, ja cieszę nimi oko i czekam na natchnienie, żeby je właściwie wykorzystać. Pomysły są, gorzej z realizacją.
Na szczęście czasem można zrobić coś, co powinno cieszyć czyjeś oko. Coś, co nie będzie leżało w szufladzie i wyjdzie do ludzi. Gorzej, jeśli wysyłasz swoją pracę, a ta gdzieś znika... Wiem, że droga do Stanów jest długa, ale nie przypuszczałam, że ktoś się skusi na takie maleństwo. Bo widzicie, już jakiś czas temu zaczęłam brać udział w postcrossingu (dla zainteresowanych: http://www.postcrossing.com/). Moja organizacja czasu sprawiła, że do tej pory nie wysłałam zbyt wielu pocztówek, a ostatnio do tego 5 kartek, które ode mnie wyszły, nie dotarło do adresatów. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale doszłam do wniosku, że na razie się wstrzymam z udziałem w zabawie, żeby dalej nie kusić losu. Ani to przyjemne, ani satysfakcjonujące, kiedy dowiadujesz się, że kolejne pocztówki nie dotarły do ludzi, do których miały dotrzeć. Szczególnie, że jedna z nich była ręcznie robiona. Tak, wpadłam na taki pomysł...
Michael Powell nie dotarł do celu.
Jeśli kiedykolwiek zdecydowałyście się na wyhaftowanie któregoś z jego wzorów, wiecie, jak pracochłonne one są. Ale jednocześnie jaką satysfakcję daje efekt końcowy... Ponieważ tę kartkę wysłałam już dosyć dawno, złość zdążyła minąć. Teraz mam tylko nadzieję, że kartka nie trafiła do kosza. Może po prostu przygarnął ją ktoś, kto nie powinien...
Jeśli mówimy już o Powellu, w minionym roku sięgnęłam po jeszcze jeden jego wzór. Widzieliście obrazki Nimue, więc wiecie, że po ich wyhaftowaniu może człowieka najść ochota na odrobinę koloru ;) Powell nadaje się do tego wręcz idealnie. Niektóre wzory kojarzą mi się ze snem, który przyszedł do mnie lata temu... Snem, w którym trafiłam na swój wymarzony dom. Dom w stylu angielskim, z małymi szybkami w dzielonych oknach, z pełnym kolorowych kwiatów i krzewów ogrodem, z rozłożystym drzewem na jego tyłach, ze spadzistym dachem krytym czerwoną dachówką, otoczony drewnianym płotem. Taki dom z bajek, niczym u Beatrix Potter.
Nic dodać, nic ująć. Domek równie krzywy jak ten z mojego snu ;)
Na szczęście czasem można zrobić coś, co powinno cieszyć czyjeś oko. Coś, co nie będzie leżało w szufladzie i wyjdzie do ludzi. Gorzej, jeśli wysyłasz swoją pracę, a ta gdzieś znika... Wiem, że droga do Stanów jest długa, ale nie przypuszczałam, że ktoś się skusi na takie maleństwo. Bo widzicie, już jakiś czas temu zaczęłam brać udział w postcrossingu (dla zainteresowanych: http://www.postcrossing.com/). Moja organizacja czasu sprawiła, że do tej pory nie wysłałam zbyt wielu pocztówek, a ostatnio do tego 5 kartek, które ode mnie wyszły, nie dotarło do adresatów. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale doszłam do wniosku, że na razie się wstrzymam z udziałem w zabawie, żeby dalej nie kusić losu. Ani to przyjemne, ani satysfakcjonujące, kiedy dowiadujesz się, że kolejne pocztówki nie dotarły do ludzi, do których miały dotrzeć. Szczególnie, że jedna z nich była ręcznie robiona. Tak, wpadłam na taki pomysł...
Michael Powell nie dotarł do celu.
Jeśli kiedykolwiek zdecydowałyście się na wyhaftowanie któregoś z jego wzorów, wiecie, jak pracochłonne one są. Ale jednocześnie jaką satysfakcję daje efekt końcowy... Ponieważ tę kartkę wysłałam już dosyć dawno, złość zdążyła minąć. Teraz mam tylko nadzieję, że kartka nie trafiła do kosza. Może po prostu przygarnął ją ktoś, kto nie powinien...
Jeśli mówimy już o Powellu, w minionym roku sięgnęłam po jeszcze jeden jego wzór. Widzieliście obrazki Nimue, więc wiecie, że po ich wyhaftowaniu może człowieka najść ochota na odrobinę koloru ;) Powell nadaje się do tego wręcz idealnie. Niektóre wzory kojarzą mi się ze snem, który przyszedł do mnie lata temu... Snem, w którym trafiłam na swój wymarzony dom. Dom w stylu angielskim, z małymi szybkami w dzielonych oknach, z pełnym kolorowych kwiatów i krzewów ogrodem, z rozłożystym drzewem na jego tyłach, ze spadzistym dachem krytym czerwoną dachówką, otoczony drewnianym płotem. Taki dom z bajek, niczym u Beatrix Potter.
Nic dodać, nic ująć. Domek równie krzywy jak ten z mojego snu ;)
wtorek, 14 maja 2013
Wyróżnienia i inne drobne przyjemności
Udało się, blogspot przestał zachowywać się jak obrażony znajomy i znów mogę spokojnie wrzucać zdjęcia :) A nazbierało się sporo zaległości... W sumie trochę się cieszę, bo dzięki temu w ostatnim wpisie nie skupiałam się tylko na hafciarskich dokonaniach i podzieliłam się z Wami drobną częścią tego, co czytam w czasie wolnym, podczas dojazdów do Warszawy albo do poduszki, wykradając czas, który powinnam poświęcić na sen. Nic na to nie poradzę, czasem po prostu nie mogę się powstrzymać ;)
No i w tym miejscu chciałabym podziękować za komentarze pod ostatnimi dwiema notkami - zrobiło mi się bardzo miło, kiedy przeczytałam to, co napisała mi JaSandra - staram się o swoich lekturach pisać tak, żeby przyjemnie się to czytało. A jeśli dzięki temu mogę pomóc, to tym lepiej ;) Przy okazji cieszę się, że do mnie zajrzałaś - Ty i inne dziewczyny. No i witam nowe obserwujące, mam nadzieję, że zagościcie u mnie na dłużej :) Poza tym Chaga pytała skąd ten pleciony imbryk - z Floo. Jeśli Wam się spodobał, radzę się spieszyć, bo podobno sklepy tej sieci są powoli likwidowane. Niestety...
Pisząc podziękowania, nie mogę nie napisać o wyróżnieniu, jakie otrzymałam jakiś czas temu od Weronki. Byłam zaskoczona, bo wyróżnień raczej nie dostaję i o nie nie zabiegam, ale cieszę się bardzo, że na nie zasłużyłam. Dziękuję Ci :)
No i w tym miejscu chciałabym podziękować za komentarze pod ostatnimi dwiema notkami - zrobiło mi się bardzo miło, kiedy przeczytałam to, co napisała mi JaSandra - staram się o swoich lekturach pisać tak, żeby przyjemnie się to czytało. A jeśli dzięki temu mogę pomóc, to tym lepiej ;) Przy okazji cieszę się, że do mnie zajrzałaś - Ty i inne dziewczyny. No i witam nowe obserwujące, mam nadzieję, że zagościcie u mnie na dłużej :) Poza tym Chaga pytała skąd ten pleciony imbryk - z Floo. Jeśli Wam się spodobał, radzę się spieszyć, bo podobno sklepy tej sieci są powoli likwidowane. Niestety...
Pisząc podziękowania, nie mogę nie napisać o wyróżnieniu, jakie otrzymałam jakiś czas temu od Weronki. Byłam zaskoczona, bo wyróżnień raczej nie dostaję i o nie nie zabiegam, ale cieszę się bardzo, że na nie zasłużyłam. Dziękuję Ci :)
Na czym polega wyróżnienie? Uwaga, przeczytajcie dokładnie, bo może właśnie któraś z Was została przeze mnie nominowana.
„Nominacja do Liebster
Blog jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze
wykonaną robotę" . Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie
obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu
nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię
nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz
zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował. "
A jak odpowiedziałam na pytania Weronki? Muszę powiedzieć, że niektóre sprawiły mi niemały kłopot, kiedy zaczęłam się zastanawiać.
1. Miejsce, które musisz zobaczyć? Norweskie fiordy.
2. Co zawsze zabierasz z domu gdy wychodzisz? Książkę, portfel i telefon ;)
3. Ulubiona potrawa teraz i z dzieciństwa? Teraz - to zależy od dnia i nastroju - naleśniki z nutellą i bananem, ogórkową, placki ziemniaczane z cukrem... i inne ;) W dzieciństwie - świeżo zebrane jagody ze śmietaną i odrobiną cukru.
4. Twoje największe marzenie? Górnolotnie - żyć i działać w zgodzie ze sobą.
5. Co właśnie czytam? Młodszego księgowego Dehnela - dowcipny, zaczepny... ale momentami za dużo polityki.
6. Morze czy góry? Góry - przestrzenie, "dzika" przyroda i walka z własną kondycją ;)
7. Kot czy pies? Jedno i drugie - mam psa, do kompletu przydałby się kot.
8. Słodkości czy owoce? Owoce - soczyste truskawki, dojrzała borówka amerykańska, intensywnie fioletowe jagody...
9. Kawa czy herbata? Dobra herbata - najlepiej czerwona.
10. Twoja ulubiona pora dnia? Późne letnie popołudnie - kiedy słońce nie jest w zenicie, upał już zelżał i czuć w powietrzu zapach nadciągającego ciepłego wieczoru.
11. Mój autorytet? Chyba głównie rodzice - chociaż zdarzają nam się burzliwe dyskusje, kiedy w czymś się nie zgadzamy.
2. Co zawsze zabierasz z domu gdy wychodzisz? Książkę, portfel i telefon ;)
3. Ulubiona potrawa teraz i z dzieciństwa? Teraz - to zależy od dnia i nastroju - naleśniki z nutellą i bananem, ogórkową, placki ziemniaczane z cukrem... i inne ;) W dzieciństwie - świeżo zebrane jagody ze śmietaną i odrobiną cukru.
4. Twoje największe marzenie? Górnolotnie - żyć i działać w zgodzie ze sobą.
5. Co właśnie czytam? Młodszego księgowego Dehnela - dowcipny, zaczepny... ale momentami za dużo polityki.
6. Morze czy góry? Góry - przestrzenie, "dzika" przyroda i walka z własną kondycją ;)
7. Kot czy pies? Jedno i drugie - mam psa, do kompletu przydałby się kot.
8. Słodkości czy owoce? Owoce - soczyste truskawki, dojrzała borówka amerykańska, intensywnie fioletowe jagody...
9. Kawa czy herbata? Dobra herbata - najlepiej czerwona.
10. Twoja ulubiona pora dnia? Późne letnie popołudnie - kiedy słońce nie jest w zenicie, upał już zelżał i czuć w powietrzu zapach nadciągającego ciepłego wieczoru.
11. Mój autorytet? Chyba głównie rodzice - chociaż zdarzają nam się burzliwe dyskusje, kiedy w czymś się nie zgadzamy.
A teraz czas na nominacje. I tu mam problem... Bo jak liczyć czy ktoś ma "mniejszą" liczbę obserwatorów? Więc nagnę trochę reguły...
Nominowane to:
1. Misiask i jej http://czasnaslodkosci.blogspot.com/
2. Szarlotka i jej http://haft-po-godzinach.blogspot.com/
3. Ederlezi i jej http://niteczkowapasja.blogspot.com/
4. Aeljot i jej http://aeljot.blogspot.com/
5. Aggaw i jej http://aggaw.blogspot.com/
6. Sabina i jej http://takietamczarowanie.blogspot.com/
+ te dziewczyny, które chciałyby odpowiedzieć na moje pytania i mają na oku blogi mniej znane, ale warte polecenia :)
I żeby Wam się nie nudziło ;)
1. Wiosna czy jesień?
2. Gdzie lubisz odpoczywać?
3. Surowa północ czy gorące południe? Europy oczywiście.
4. Czego boisz się najbardziej?
5. Książka godna polecenia?
6. Fotografia czy malarstwo?
7. Ulubiona epoka?
8. Kraj czy zagranica?
9.Marilyn Monroe czy Audrey Hepburn?
10. Czego nie może zabraknąć u Ciebie w domu?
11. Słońce czy burza? Uff... kolej na Was :)
Wracając do krzyżyków... Niech Wam się nie wydaje, że skoro o nich nie pisałam, to nic nie powstało. Nic bardziej mylnego. Mogę się pochwalić, że trzeci kuchenny obrazek powoli zapełnia len i prawdopodobnie za kilka dni go skończę :) Jeszcze jakiś czas temu prezentował się bardzo ubogo...
Ale dzisiejsze zdjęcie pokazuje, że nie jest już tak źle ;)
Listków przybywa, zielenie nie są aż tak stonowane, jak wydawało mi się na początku i wygląda na to, że wszystkie trzy obrazki będą się ładnie razem prezentowały.
Poza tym skończyłam dwa UFO-ki :) Hiszpański widok Michaela Powella zajął mi trochę czasu, ale warto było na niego poczekać. Nawet backstitche, których w tym wzorze jest sporo (jak w większości wzorów tego autora), nie odciągnęły mnie od pracy. Hiszpańskie domki jeszcze jakiś czas temu były nieco niewyraźne i brakowało im błękitu nieba.
Ale jakieś dwa tygodnie temu białe plamy zniknęły, pojawiła się perspektywa i piękne, intensywne pomarańcze na pierwszym planie. Ten ciepły obrazek będzie ozdabiał notes, który szykuję... dla siebie. Czasem trzeba mieć trochę przyjemności na własność ;)
Cieszy mnie jeszcze jedna rzecz. Mały zielony smok, którego wypatrzyłam kiedyś wśród tysięcy wzorów krążących po sieci. Wiem, znalazłyby się bardziej malownicze, spektakularne i groźniejsze niż ta bestie, ale właśnie o tego dostojnego malucha mi chodziło. Tu jeszcze niedokończony...
Widzicie tę małą dziewczynkę? To Karolina ;) Przyjaciółka jeszcze z licealnych czasów. Pisząca klimatyczne opowiadania, lubiąca się śmiać miłośniczka podróży, na którą zawsze można liczyć. Czasem tylko ucieka od niej Wena, którą jednak Karolina mimo wszystko potrafi poskromić. Przedwczoraj miała urodziny, ale ponieważ znów jest zagranicą, prezent dostanie dopiero za kilka dni. Mały notes, w którym mogłaby zapisywać to, co przyjdzie jej do głowy...
Jeszcze go nie wykończyłam, ale możecie sobie wyobrazić, jak mniej więcej będzie wyglądała całość. Oczywiście efektem końcowym się z Wami podzielę, ale najprawdopodobniej dopiero za kilka dni.
W hafciarskiej materii to tyle :) O czym jeszcze chciałabym Wam napisać? Może o majówce? Spędziliśmy ją z M. w Poznaniu. Ale o tym następnym razem :)
sobota, 13 kwietnia 2013
O, Jeżu!
Udało mi się! Skończyłam jeże :D Trochę samozaparcia, dobry film do oglądania i czas wolny i udało się wykrzyżykować całe tło. A potem zostały już tylko backstitche do zrobienia :) I tak powstało to maleństwo.
Zakochałam się w nich i nic na to nie poradzę :) Przyznaję się też bez bicia, że wprowadziłam kilka modyfikacji. Nie wszystkie kolory miałam, więc postarałam się je jak najlepiej zastąpić - mam nadzieję, że zmiany nie rzucają się w oczy. Jedną z nich było też to, że zrezygnowałam z metalizowanej złotej muliny. Nienawidzę nią haftować i każde zetknięcie z nią wzmaga moją niechęć. Rwie się toto, jest łamliwe, rozłazi się i nie chce współpracować, a w efekcie niezbyt estetycznie wygląda. W związku z tym małe serduszka i sznurki przytrzymujące baloniki zostały wyhaftowane... żółtą muliną DMC ;p Tak, poszłam na łatwiznę. Postarałam się tylko, żeby miała jak najbardziej "złoty" odcień i muszę powiedzieć, że efekt końcowy mi się podoba. Odpuściłam też sobie oryginalny tekst. Dodam do obrazka coś od siebie, ale tego już raczej nie będę upubliczniać :) Na całość mam już pomysł, ale niezbyt spektakularny, więc raczej się nim z Wami nie podzielę.
Mogę Wam tylko przy okazji przedstawić Huberta :) Zostanie u mnie przez najbliższy miesiąc, a potem zmieni lokum w dniu urodzin mojej bardzo dobrej znajomej. Kocha jeże, więc będzie miała jednego :)
Niezależnie od wszystkiego, trzeba mieć w sobie coś z dziecka ;)
Jakiś czas temu dotarło też do mnie zamówienie z pasmanterii internetowej z kolejnymi mulinami i nowymi igłami do haftu, więc postanowiłam zrobić małą przerwę i poczekać z haftowaniem kolejnego zielnikowego obrazka.
Zamiast tego chcę dokończyć hiszpański widoczek Michaela Powella :) Ostatnio, kiedy Wam go pokazywałam, wyglądał tak:
Potem skompletowałam na powrót potrzebne kolory, dostawiłam kilka krzyżyków i na chwilę obecną plener nieco się zmienił.
To niesamowite, jak dużo muliny potrzebnej jest do stworzenia widoku, który spokojnie zmieściłby się między kartkami zeszytu A5... Ale nie mogę się już doczekać tego lekko koślawego efektu końcowego, tak charakterystycznego we wzorach Powella :) W stosunku do niego też mam już konkretne plany i wiem, że hiszpańskie domki będą w przyszłości umilać mi dzień.
Abstrahując od haftu... koniecznie muszę pokazać Wam coś jeszcze. Jestem prawie pewna, że spodoba Wam się tak bardzo, jak spodobał się mi :D W czwartek jakoś tak się złożyło, że obchodziłam urodziny :) Nie sądziłam, że spędzę je w tak fajnej atmosferze, na imprezie-niespodziance, którą zorganizował dla mnie M. Tort czekoladowy był pyszny, a prezenty idealnie trafione :) A ten jeden "drobiazg" jest po prostu cudowny.
Imbryk w swetrze :)
Nie raz zaparzałam w nim dziś herbatę :) Sprawdza się idealnie. I jest piękny!
W związku z tym porzucam Was i idę do kuchni, czas na czarną herbatę z imbirem i trawą cytrynową :)
P.S. Cieszę się, że tak Wam się spodobały słoniki. I obiecuję, jak tylko skończy się nalot spamerów, zlikwiduję weryfikację obrazkową. Miłego sobotniego wieczoru!
Zakochałam się w nich i nic na to nie poradzę :) Przyznaję się też bez bicia, że wprowadziłam kilka modyfikacji. Nie wszystkie kolory miałam, więc postarałam się je jak najlepiej zastąpić - mam nadzieję, że zmiany nie rzucają się w oczy. Jedną z nich było też to, że zrezygnowałam z metalizowanej złotej muliny. Nienawidzę nią haftować i każde zetknięcie z nią wzmaga moją niechęć. Rwie się toto, jest łamliwe, rozłazi się i nie chce współpracować, a w efekcie niezbyt estetycznie wygląda. W związku z tym małe serduszka i sznurki przytrzymujące baloniki zostały wyhaftowane... żółtą muliną DMC ;p Tak, poszłam na łatwiznę. Postarałam się tylko, żeby miała jak najbardziej "złoty" odcień i muszę powiedzieć, że efekt końcowy mi się podoba. Odpuściłam też sobie oryginalny tekst. Dodam do obrazka coś od siebie, ale tego już raczej nie będę upubliczniać :) Na całość mam już pomysł, ale niezbyt spektakularny, więc raczej się nim z Wami nie podzielę.
Mogę Wam tylko przy okazji przedstawić Huberta :) Zostanie u mnie przez najbliższy miesiąc, a potem zmieni lokum w dniu urodzin mojej bardzo dobrej znajomej. Kocha jeże, więc będzie miała jednego :)
Niezależnie od wszystkiego, trzeba mieć w sobie coś z dziecka ;)
Jakiś czas temu dotarło też do mnie zamówienie z pasmanterii internetowej z kolejnymi mulinami i nowymi igłami do haftu, więc postanowiłam zrobić małą przerwę i poczekać z haftowaniem kolejnego zielnikowego obrazka.
Zamiast tego chcę dokończyć hiszpański widoczek Michaela Powella :) Ostatnio, kiedy Wam go pokazywałam, wyglądał tak:
Potem skompletowałam na powrót potrzebne kolory, dostawiłam kilka krzyżyków i na chwilę obecną plener nieco się zmienił.
To niesamowite, jak dużo muliny potrzebnej jest do stworzenia widoku, który spokojnie zmieściłby się między kartkami zeszytu A5... Ale nie mogę się już doczekać tego lekko koślawego efektu końcowego, tak charakterystycznego we wzorach Powella :) W stosunku do niego też mam już konkretne plany i wiem, że hiszpańskie domki będą w przyszłości umilać mi dzień.
Abstrahując od haftu... koniecznie muszę pokazać Wam coś jeszcze. Jestem prawie pewna, że spodoba Wam się tak bardzo, jak spodobał się mi :D W czwartek jakoś tak się złożyło, że obchodziłam urodziny :) Nie sądziłam, że spędzę je w tak fajnej atmosferze, na imprezie-niespodziance, którą zorganizował dla mnie M. Tort czekoladowy był pyszny, a prezenty idealnie trafione :) A ten jeden "drobiazg" jest po prostu cudowny.
Imbryk w swetrze :)
Nie raz zaparzałam w nim dziś herbatę :) Sprawdza się idealnie. I jest piękny!
W związku z tym porzucam Was i idę do kuchni, czas na czarną herbatę z imbirem i trawą cytrynową :)
P.S. Cieszę się, że tak Wam się spodobały słoniki. I obiecuję, jak tylko skończy się nalot spamerów, zlikwiduję weryfikację obrazkową. Miłego sobotniego wieczoru!
niedziela, 20 stycznia 2013
Siłą rozpędu
Ostatnio dostałam małego przyspieszenia jeśli chodzi o haft i zdążyłam zabrać się za dwa wzory, do których nawet nie skompletowałam wszystkich potrzebnych kolorów. A że nie mam obecnie możliwości nadgonienia braków, to leżą sobie te maleństwa i czekają na zlitowanie, jak już uda mi się nabyć brakującą mulinę.
Pierwszy z wzorków to nieduży smok - w oryginale miał przedstawiać hojność, ale mi raczej skojarzył się z przyjaźnią ;) No i z moją przyjaciółką, która pisze niezwykłe opowiadania, z reguły w klimacie fantasy. Myślę, że nie obrazi się, kiedy któregoś dnia dostanie jednego smoka na własność :) Mieć takiego jaszczura po swojej stronie, to jest dopiero coś.
Drugi haft powstaje w konkretnym celu, ale na razie nie zdradzę, co ozdobi. Po greckiej zakładce Powella, którą wyhaftowałam tacie, zakochałam się w tych rozchwianych, przyjemnych dla oka wzorach. Grecki błękit kojarzy mi się z wakacjami i malowniczymi zatoczkami, w których nocowaliśmy... Ale tym razem zdecydowałam się na Hiszpanię :) Może to przed "Dziewczynę z pomarańczami", którą niedawno oglądałam. Madryt, Lizbona, wypalane w piecach pomarańczowe dachówki, przybrudzona biel budynków i stonowana zieleń pokrytych letnim pyłem liści. Od razu robi się cieplej ;)
I tu brakuje "kilku" nitek, ale niedługo może uda mi się je zdobyć.
A kiedy już okazało się, że tych dwóch obrazków tak szybko nie wykończę, przeszukałam swoje zapasy, znalazłam wzory, które chodziły za mną już od dawna, tym razem skompletowałam wszystkie potrzebne do ich wyhaftowania muliny i zabrałam się do roboty :) I tak zaczęły powstawać garbusy.
Tak naprawdę wykończony został dopiero pierwszy z nich, ale kolejny już się haftuje.
Pracuje się nad nimi bardzo przyjemnie i szybko, więc podejrzewam, że jeszcze kilka wolnych wieczorów (jeśli się takie trafią w nadchodzącym tygodniu) i będę miała gotową całą szóstkę. Co z nimi zrobię? Tego jeszcze nie wiem, ale na pewno dobrze je wykorzystam :)
Bardzo Wam dziękuję za wpisy pod poprzednim postem, cieszę się, że do mnie zaglądacie i dobrze mi życzycie :)
Pierwszy z wzorków to nieduży smok - w oryginale miał przedstawiać hojność, ale mi raczej skojarzył się z przyjaźnią ;) No i z moją przyjaciółką, która pisze niezwykłe opowiadania, z reguły w klimacie fantasy. Myślę, że nie obrazi się, kiedy któregoś dnia dostanie jednego smoka na własność :) Mieć takiego jaszczura po swojej stronie, to jest dopiero coś.
Drugi haft powstaje w konkretnym celu, ale na razie nie zdradzę, co ozdobi. Po greckiej zakładce Powella, którą wyhaftowałam tacie, zakochałam się w tych rozchwianych, przyjemnych dla oka wzorach. Grecki błękit kojarzy mi się z wakacjami i malowniczymi zatoczkami, w których nocowaliśmy... Ale tym razem zdecydowałam się na Hiszpanię :) Może to przed "Dziewczynę z pomarańczami", którą niedawno oglądałam. Madryt, Lizbona, wypalane w piecach pomarańczowe dachówki, przybrudzona biel budynków i stonowana zieleń pokrytych letnim pyłem liści. Od razu robi się cieplej ;)
I tu brakuje "kilku" nitek, ale niedługo może uda mi się je zdobyć.
A kiedy już okazało się, że tych dwóch obrazków tak szybko nie wykończę, przeszukałam swoje zapasy, znalazłam wzory, które chodziły za mną już od dawna, tym razem skompletowałam wszystkie potrzebne do ich wyhaftowania muliny i zabrałam się do roboty :) I tak zaczęły powstawać garbusy.
Tak naprawdę wykończony został dopiero pierwszy z nich, ale kolejny już się haftuje.
Pracuje się nad nimi bardzo przyjemnie i szybko, więc podejrzewam, że jeszcze kilka wolnych wieczorów (jeśli się takie trafią w nadchodzącym tygodniu) i będę miała gotową całą szóstkę. Co z nimi zrobię? Tego jeszcze nie wiem, ale na pewno dobrze je wykorzystam :)
Bardzo Wam dziękuję za wpisy pod poprzednim postem, cieszę się, że do mnie zaglądacie i dobrze mi życzycie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


