Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2015

Między słowami.

Już jakiś czas temu wyhaftowałam w prezencie grecką zakładkę Michaela Powella i już wtedy zauważyłam, że jest jeszcze kilka podobnych klimatycznych widoków, które mogłabym wykorzystać. Tym razem nie chodziło jednak o prezent - chciałam mieć chociaż jedną zakładkę dla siebie. Książek stoi u mnie dużo, czytam najczęściej więcej niż jedną w danej chwili, więc wiem, że na pewno coś do zaznaczenia strony, na której właśnie skończyłam, nie będzie się u mnie kurzyć.
Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać, więc z czasem wyhaftuję wszystkie z tej serii ;) A dziś możecie obejrzeć wenecki widok w kilku odsłonach. Dzięki temu można w pełni docenić pojawiające się sukcesywnie backstitche. A było ich dużo...











Kanwę tradycyjnie już naszyłam na bordowy filc - metoda jest sprawdzona i mam gwarancję, że zakładka nie zniszczy się zbyt szybko. A jeśli się ubrudzi, można ją spokojnie wyprać ;)



Przed i po.



Z "twórczych" rzeczy pojawiła się ostatnio u mnie też... tarta ze szpinakiem, fetą i wędzonym łososiem.
Oczywiście już dawno jej nie ma ;) Wyżywam się kulinarnie od jakiegoś czasu, więc prawdopodobnie nie będzie to jedyne zdjęcie jedzenia, którym się z Wami podzielę ;P


Udanego, słonecznego i spokojnego tygodnia Wam życzę :)

wtorek, 22 października 2013

Zmieniające się smaki

Miód spływa mi po palcach, w kominku płonie ogień, a na stoliku obok powoli stygnie kubek kakao... Czy Wy też tak macie, że podczas jesiennych dni przychodzą do Was pewne smaki, od których nie możecie się uwolnić?
Kiedy tylko robi się chłodniej i nie da się już przesiedzieć całego dnia w parkach, a wieczór nadciąga coraz szybciej, nabieram ochoty na miejsca, w których można znaleźć kąt dla siebie, najlepiej z wygodną kanapą i dużą ilością książek wokół ;) Co jakiś czas rozglądam się po Warszawie za takimi zakątkami, testuję kanapy i niezmiennie zamawiam gorącą czekoladę w każdej postaci. Żadne caffee latte, macchiato czy mocha nie zastąpią porządnego kubka gęstego napoju, tej cudownej bomby kalorycznej ;) Kawiarnie połączone z księgarnią są w takim przypadku miejscem idealnym, chociaż dużo groźniejszym dla portfela, bowiem siedząc przy stoliku i popijając czekoladę, masz wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się tytułom na półkach i nabrać ochoty na zabranie któregoś z nich do domu...
Jesienny czas wolny jest więc niebezpieczny, ale jednocześnie obfituje w przyjemności :) No i można nacieszyć oczy kolorami odchodzącego lata. Nawet jeśli czasem są nieco bure i mało słoneczne.




Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze uchwycić nieco słońca tańczącego w liściach...

Tymczasem jakiś czas temu, kiedy temperatura za oknem była nieco wyższa i wszyscy szukali cienia i ochłody, naszła mnie ochota na coś lekkiego i smacznego, co można by zjeść w miłym towarzystwie.
"Lekkość" uleciała, bo w ręce wpadł mi serek mascarpone, ale starałam się ratować soczystymi truskawkami. I wyszło z tego coś prostego w przygotowaniu, a naprawdę pysznego :)


Co jest potrzebne?
200 g truskawek (świeżych lub mrożonych - ja użyłam tych pierwszych)
250 g serka mascarpone
2 jajka
2 łyżki cukru

Truskawki zmiksowałam z łyżką cukru i odstawiłam na bok. Następnie oddzielone od białek żółtka zmiksowałam z serkiem mascarpone i resztą cukru, po czym do powstałej masy dodałam ubite na sztywno białka i wymieszałam je delikatnie ze sobą - dzięki temu całość nabrała puszystości i delikatności.
Teraz pozostała już tylko przyjemność nakładania kolejnych warstw musu truskawkowego i kremu z mascarpone do miseczek i udekorowanie ich całymi truskawkami. Deser gotowy :) Przed podaniem wstawiłam go na pół godziny do lodówki (nie jest to jednak konieczne), dzięki czemu był odpowiednio schłodzony - idealny na upalny dzień.
W zależności od tego, na jakie smaki macie ochotę, możecie modyfikować dodatki - do musu truskawkowego dodać maliny, kremowy smak serka złamać drobno startą skórką cytryny. Wierzch można też ozdobić dodatkowo migdałami lub wiórkami kokosowymi.
Przepis ten jest nieskomplikowany i szybki do przygotowania, więc jeśli zdarzą Wam się niezapowiedziani goście, spokojnie możecie poczęstować ich podobnym deserem.

Na zakończenie podzielę się z Wami jeszcze jednym przepisem, tym razem jednak zaczerpniętym z konkretnego źródła i tak obrazowo podanym, że nie będę już nic do tego dodawać. Przepis z magazynu Kuchnia na ciasto czekoladowe z cukinią :)


Przepis został sprawdzony i z czystym sumieniem go polecam - ciasto jest pyszne!

PS Cieszę się, że wczesnojesienne zdjęcia przypadły Wam do gustu :) I dziękuję za życzenia powodzenia na studiach ;) Jak na razie jest dobrze, a i staż dużo mi daje - mierzę się sama ze sobą, uczę się nowych rzeczy i poznaję siebie z tej strony, z której się tak dobrze nie znałam.
A co do książek Philippy Gregory - co jakiś czas wpadają mi w oko, a potem ich miejsce zajmuje inna lektura, ale może w końcu sprawdzę organoleptycznie, skąd bierze się popularność tej autorki. Dziękuję Jagno, że mi o niej przypomniałaś :)

niedziela, 25 listopada 2012

kuszące chwile słabości

Czasem nachodzi mnie ochota na chwilę spokoju. Na wygodny fotel, w którym można się rozsiąść, koc, w który można się okręcić. Książka, cicha muzyka w tle, ciepłe oświetlenie, gorąca gęsta czekolada w kubku na stoliku obok. Pojawia się też obraz puszystych płatków śniegu cicho opadających z nieba i osiadających na szybie z lekkim szelestem. Tłumią odgłosy zewnętrznego świata, paradoksalnie rozgrzewają wnętrze. Ostatnio chciałabym też, żeby w takim momencie była obok mnie druga osoba, dzieliła ze mną ten spokój, była blisko, na wyciągnięcie ręki. I taka osoba jest, chociaż nieco dalej, zajęta swoimi sprawami, ale będąca na wyciągnięcie głosu i myśli.
W czwartek, z okazji obronionego licencjatu, odkryła przede mną miejsce, którym postanowiłam podzielić się z Wami :) Miejsce w Warszawie, ale jeśli tylko nadarzy się okazja, będziecie w okolicy, będziecie mieć ochotę na miejsce spokojne i klimatyczne, polecam je szczerze. To miejsce to "Pracownia u Czarownic", mała przytulna kawiarnio-cukiernia na obrzeżach Parku Morskie Oko na Mokotowie. Założyły ją siostry, które postanowiły stworzyć własne miejsce - niepowtarzalne i zaczarowane.

(wszystkie zdjęcia zaczerpnięte są
z kawiarnianego profilu na faceebooku)

Jak same o sobie piszą:

Kawiarnio-cukiernię "Pracownia u Czarownic" stworzyłyśmy zainspirowane smakami z dzieciństwa. Któż by nie pamiętał zapachu placka z owocami, aromatycznej szarlotki czy babcinego sernika? Pieczemy ciasta wg swoich domowych receptur, ale nie boimy się wyzwań i ciągle próbujemy czegoś nowego.
Każda z nas ma swoje ulubione desery, na straży których stoi prawdziwe masło, śmietana, serek mascarpone i czekolada. Bo dobrze wiemy, że podstawą udanych wypieków są dobre składniki i właściwa ich kompozycja, a jeżeli grzeszyć to, na całego.


Już od jakiegoś czasu szukaliśmy miejsca, gdzie można umościć sobie wygodną miejscówkę na kanapie, gdzie w tle leci przyjemna, nie narzucająca się muzyka i gdzie można przyjemnie spędzić czas. "Pracownia u Czarownic" to właśnie takie miejsce. Niewielki budynek, który kojarzy się raczej z parkowymi pubami i spelunkami tu został zagospodarowany zupełnie inaczej. Na zewnątrz siostry wydzieliły niewielką przestrzeń na ogródek, który ogrodzony jest niewysokimi, misternie kutymi barierkami. Rozciąga się z niego widok na jeziorko i malowniczo usytuowany na skarpie park. Podejrzewam, że latem zagląda tu dużo mam z wózkami, kobiet, które chcą przysiąść na chwilę, zrelaksować się i nacieszyć się pogodą w pięknych okolicznościach przyrody.
Ale listopadowa pogoda sprawiła, że nam dużo wygodniej było w środku, gdzie zajęliśmy oczywiście kanapę, w którą można się zapaść i z której wcale nie ma się ochoty wstawać ;)

Wieczorową porą poza nami w środku nie było już nikogo, tylko dwaj wytrwali klienci, owinięci w czerwone koce, zajęli jeden z ogródkowych stolików.
Muszę Wam powiedzieć, że moja wiedźmia natura była bardzo zadowolona z tego niewielkiego miejsca, gdzie poza kanapą można też przysiąść przy dwóch stolikach albo na chwilę przystanąć przy wysokim barze. Cały wystrój sprawiał wrażenie przytulnej chatki dobrej czarownicy. A może czarownicy z "Jasia i Małgosi", która postanowiła wykorzystać swoje kulinarne umiejętności w bardziej przyjazny sposób? Bardzo podobało mi się menu, które było scrapbookowym cudeńkiem - jedna z sióstr (a może ich znajoma?) kupiła na pchlim targu najprawdopodobniej stary zbór dramatów Krasińskiego i przerobiła go na kartę dań ;) Ale to, co można znaleźć w menu to... czysta magia. Jeszcze nigdy nie jadłam tak pysznego domowej roboty ciasta czekoladowego z wiśniami, które podano na gorąco, polane mleczną czekoladą, z kulką bitej śmietany obok.


Istne niebo dla podniebienia... Nieświadoma tego, jak duża i smakowita jest taka porcja, zamówiłam też gęstą czekoladę, do której dostałam pokrojoną na małe kawałki słodką, soczystą pomarańczę. Niebo dla podniebienia zamieniło się w raj dla zmysłów. Podejrzewam, że przeżyłam też szok cukrowy ;) Ale warto było!
W ten sposób M. odkrył przede mną kolejne miejsce na mapie Warszawy, do którego na pewno będziemy z przyjemnością wracać :) I Wam też je polecam.