Do zrobienia piłeczki wykorzystałam tkaniny kiedyś kupione w Ikei, a od dłuższego czasu kurzące się w szufladzie. Być może piłka nie jest idealna, ale jest szansa, że się spodoba i zostanie zaaprobowana przez młodą. Na razie wzbudziła zainteresowanie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twórczo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twórczo. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 października 2019
Coś innego niż haft
Poszukując różnych inspiracji zabawkowych dla ponad trzymiesięcznej córki, trafiłam podczas wędrówki od strony do strony na piłeczkę takane, wywodzącą się od Marii Montessori. Spodobała mi się idea czegoś, co w miarę łatwo mogą złapać małe rączki i co może stać się zabawką na jakiś czas. A że przy okazji trafiłam na instrukcję wykonania takiej piłki, to co robiła rękodzielna mama wieczorami, kiedy mały człowiek spał? Wycinała i szyła ;) Ręcznie. Czyli zajęło mi to wszystko jakiś tydzień. Na maszynie pewnie byłoby szybciej. Ale jak widać na poniższych zdjęciach, i tak się da ;)
poniedziałek, 29 lipca 2019
Banda śpiochów w zimowym towarzystwie - czyli haftowane upominki :)
Zgodnie z regulaminem zamieszczonym na blogu Chagi osoby biorące udział w całorocznej zabawie "Sleep Parade" powinny do 15 sierpnia przygotować i opublikować u siebie zdjęcia upominków, które trafią później do autorki zabawy - przy czy jeden z nich pozostanie u niej, a drugi trafi do wytypowanego szczęśliwca. Do tego Chaga sugerowała, że mógłby to być okołoświąteczny drobiazg, więc poszukując odpowiednich wzorów do wyszycia szukałam właśnie czegoś zimowego. Nie powiem, miło wyszywa się śniegowe akcenty, kiedy za oknem temperatura dochodzi do 30 stopni ;)
Żeby nie było, wzory wybrałam i wyszywałam jeszcze w maju i czerwcu, zdając sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej lipiec poświęcę komuś zupełnie innemu - a nawet gdybym chciała haftować upominki teraz, musiałabym to chyba robić po nocy, kiedy mam gwarancję, że mały człowiek faktycznie pośpi trochę dłużej, nie będzie domagał się jedzenia, przewijania, noszenia i przytulania - wszystko to ze zmienną częstotliwością i natężeniem.
Żeby nie było, wzory wybrałam i wyszywałam jeszcze w maju i czerwcu, zdając sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej lipiec poświęcę komuś zupełnie innemu - a nawet gdybym chciała haftować upominki teraz, musiałabym to chyba robić po nocy, kiedy mam gwarancję, że mały człowiek faktycznie pośpi trochę dłużej, nie będzie domagał się jedzenia, przewijania, noszenia i przytulania - wszystko to ze zmienną częstotliwością i natężeniem.
Szukałam dosyć długo, ale w końcu zdecydowałam się sięgnąć po stojącą na półce książkę z zimowymi wzorami Veronique Enginger i wyszukałam w niej drobne hafty, które idealnie mogłyby wpasować się w zawieszkę na choinkę. Ponieważ wzory Veronique zawsze kojarzą mi się bardzo retro, wygrzebałam z szuflady naturalną tkaninę Belfast 32 ct w białe kropki - idealne tło na zimę :) Wykorzystałam ten materiał w zeszłym roku, wyszywając inny wzór Belle & Boo.
Ale wyszycie obrazków to tak naprawdę połowa roboty. 10 lipca, już po powrocie ze szpitala, miałam gotowe te dwa nieduże kawałki tkaniny, mając w głowie jedynie zarys pomysłu na zawieszki. Przyznam szczerze, że nie robiłam jeszcze nigdy bardziej rozbudowanych ozdób choinkowych - zdarzyło mi się kilka razy przygotować zszywane igielniki wypełniane watą, czasem jakąś prostą kartkę czy zakładkę na filcu, ale nigdy tego typu zawieszkę. W wolnych chwilach kompletowałam więc składowe i zastanawiałam się, jak wykończyć całość. Hafty przy pomocy taśmy dwustronnej podkleiłam brystolem dla usztywnienia, a na "plecy" postanowiłam przykleić gruby bordowy filc, dodatkowo delikatnie ozdobiony.
Nie przewidziałam, że klej kompletnie nie będzie chciał się trzymać materiału, a tasiemka, którą chciałam zamaskować brzegi, tym bardziej będzie niemożliwa do przymocowania. Poszłam więc inną drogą - przód i tył zostały ze sobą zszyte przy pomocy białej muliny i muszę powiedzieć, że mi ten lekko nierówny efekt szycia ręcznego bardzo pasuje do całości :) Wiem, zawsze mogłoby być bardziej idealnie...
Nie przewidziałam, że klej kompletnie nie będzie chciał się trzymać materiału, a tasiemka, którą chciałam zamaskować brzegi, tym bardziej będzie niemożliwa do przymocowania. Poszłam więc inną drogą - przód i tył zostały ze sobą zszyte przy pomocy białej muliny i muszę powiedzieć, że mi ten lekko nierówny efekt szycia ręcznego bardzo pasuje do całości :) Wiem, zawsze mogłoby być bardziej idealnie...
Tył ozdobiły też ręcznie wyszyte koślawe śnieżynki oraz ręcznie robione guziki - zaprojektowane i wykonane przez moją znajomą jeszcze z czasów przedszkolnych. Marta prowadzi własny sklep, w którym poza ceramicznymi guziczkami można między innymi zdobyć jedyne w swoim rodzaju talerze, półmiski, deski, patery, miski, doniczki czy broszki - wszystko nawiązujące do prostego, skandynawskiego stylu. Jeśli guziczki wpadły Wam w oko, zajrzyjcie koniecznie na stronę M2K.
A tu możecie podziwiać paradę śpiochów razem z zawieszkami, które już niedługo zostaną przeze mnie wysłane do Chagi, żeby wziąć udział w dodatkowej zabawie zorganizowanej na jej blogu.
poniedziałek, 19 września 2016
Monotematycznie... prawie ;)
Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będę bardzo monotematyczna hafciarsko... Chyba że nagle coś mnie natchnie, wygospodaruję z konta trochę środków i dokupię materiały do kolejnego dużego projektu, do którego kupiłam już wzór. Co poradzę, że była promocja, M. bardzo lubi Eschera, a ja miałam ochotę na jakiś ładny akcent, który będzie można kiedyś powiesić na ścianie ;)
No, więc kiedy będzie mi się zdarzało mieć dosyć komputerowego czarodzieja, będę miała po co sięgać. Circle Limit M.C. Eschera, projekt HAED.
Różni się od Spanglera tym, że wzór jest jednak nieco mniejszy, ma "jedynie" 438 na 440 krzyżyków - dla przypomnienia, wzór Spanglera ma ich 525 na 751. Zastanawiam się, na czym haftować motyle i na razie wygrywa Lugana 25 ct. Nigdy jeszcze na niej nie haftowałam, tu haft byłby co jedną nitkę, czyli byłoby dużo drobiazgu do wyhaftowania i musiałabym być bardzo skupiona, żeby gdzieś się nie pomylić. Przy takim materiale obrazek powinien spokojnie zmieścić się w polu 50x50 cm. Muszę powiedzieć, że trochę mi na tym zależy, bo przez to, że do Computer Wizarda wybrałam kanwę 16 ct, całość będzie miała ponad metr wysokości... Jeden taki olbrzym mi wystarczy ;)
A jak mi idą postępy przy Spanglerze? Dla przypomnienia, całość wygląda tak:
Ja jestem dopiero na początku, to znaczy, robię dopiero pierwszy rządek... A dokładniej ósmą z ośmiu i pół strony w pierwszym rzędzie. Z grubsza licząc mam na razie za sobą 36000 postawionych krzyżyków. Podejrzewam, że to niedużo, jak na prawie rok hafciarskiej pracy - Spanglera zaczęłam w drugiej połowie października zeszłego roku i z przerwami haftuję go do dziś. Jest bardzo prawdopodobne, że nie skończę go i przez następnych pięć lat :P W poprzedni weekend skończyłam siódmą stronę, a wszystko dzięki wygodnej miejscówce i dobremu oświetleniu, do którego zmusza mnie M.
Przy robieniu zdjęć irytuje mnie, że czasem bardziej widać prześwity spod muliny, a czasem nie. Na żywo nie rzuca się to tak bardzo w oczy i podejrzewam, że po upraniu całości mulina jeszcze ładniej rozłoży się na kanwie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Poza tym na każdej nowej stronie sprawdzam, jak haftuje mi się najlepiej. Było już haftowanie plamami kolorów, które rozrzucone były po całej stronie, potem eksperymentowałam z parkowaniem, następnie bawiłam się w zaznaczanie kropkami robionymi spieralnym pisakiem kolejnych kolorów, żeby nie zerkać co chwila na wzór, a teraz znów wróciłam do haftowania kolorami, ale konsekwentnie idę od lewej strony od dołu, do pomocy mając rozrysowaną spieralnym pisakiem Prym kratkę. Zobaczymy, jaki pomysł dopadnie mnie później ;) A dziś ósma strona wygląda tak:
Pojawiają się maleńkie, rozmazane obrazy. Przy drugim rzędzie, który już niedługo, gdzieś po środku pojawi się szczyt głowy smoka :) Już się nie mogę doczekać...
A, wiem, że może nie jest to moje najpiękniejsze dzieło, ale skończyłam też wczoraj moją małą torebkę z koszuli :)
Częściowo zszywałam ją ręcznie, potem zaczęłam bawić się maszyną do szycia. Nie obyło się bez prucia i eksperymentów, złorzeczenia na plączące się nitki i walki z igłami, ale powoli oswajam to stare urządzenie, które należało do mojego dziadka. Jak ktoś miał styczność z takim lub podobnym Singerem, nie obrażę się, jeśli coś doradzi lub podpowie ;) Na razie dopiero się zaprzyjaźniamy i mam nadzieję, że nie będzie to trudna przyjaźń...
No, więc kiedy będzie mi się zdarzało mieć dosyć komputerowego czarodzieja, będę miała po co sięgać. Circle Limit M.C. Eschera, projekt HAED.
Różni się od Spanglera tym, że wzór jest jednak nieco mniejszy, ma "jedynie" 438 na 440 krzyżyków - dla przypomnienia, wzór Spanglera ma ich 525 na 751. Zastanawiam się, na czym haftować motyle i na razie wygrywa Lugana 25 ct. Nigdy jeszcze na niej nie haftowałam, tu haft byłby co jedną nitkę, czyli byłoby dużo drobiazgu do wyhaftowania i musiałabym być bardzo skupiona, żeby gdzieś się nie pomylić. Przy takim materiale obrazek powinien spokojnie zmieścić się w polu 50x50 cm. Muszę powiedzieć, że trochę mi na tym zależy, bo przez to, że do Computer Wizarda wybrałam kanwę 16 ct, całość będzie miała ponad metr wysokości... Jeden taki olbrzym mi wystarczy ;)
A jak mi idą postępy przy Spanglerze? Dla przypomnienia, całość wygląda tak:
Ja jestem dopiero na początku, to znaczy, robię dopiero pierwszy rządek... A dokładniej ósmą z ośmiu i pół strony w pierwszym rzędzie. Z grubsza licząc mam na razie za sobą 36000 postawionych krzyżyków. Podejrzewam, że to niedużo, jak na prawie rok hafciarskiej pracy - Spanglera zaczęłam w drugiej połowie października zeszłego roku i z przerwami haftuję go do dziś. Jest bardzo prawdopodobne, że nie skończę go i przez następnych pięć lat :P W poprzedni weekend skończyłam siódmą stronę, a wszystko dzięki wygodnej miejscówce i dobremu oświetleniu, do którego zmusza mnie M.
Przy robieniu zdjęć irytuje mnie, że czasem bardziej widać prześwity spod muliny, a czasem nie. Na żywo nie rzuca się to tak bardzo w oczy i podejrzewam, że po upraniu całości mulina jeszcze ładniej rozłoży się na kanwie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Poza tym na każdej nowej stronie sprawdzam, jak haftuje mi się najlepiej. Było już haftowanie plamami kolorów, które rozrzucone były po całej stronie, potem eksperymentowałam z parkowaniem, następnie bawiłam się w zaznaczanie kropkami robionymi spieralnym pisakiem kolejnych kolorów, żeby nie zerkać co chwila na wzór, a teraz znów wróciłam do haftowania kolorami, ale konsekwentnie idę od lewej strony od dołu, do pomocy mając rozrysowaną spieralnym pisakiem Prym kratkę. Zobaczymy, jaki pomysł dopadnie mnie później ;) A dziś ósma strona wygląda tak:
Pojawiają się maleńkie, rozmazane obrazy. Przy drugim rzędzie, który już niedługo, gdzieś po środku pojawi się szczyt głowy smoka :) Już się nie mogę doczekać...
A, wiem, że może nie jest to moje najpiękniejsze dzieło, ale skończyłam też wczoraj moją małą torebkę z koszuli :)
Częściowo zszywałam ją ręcznie, potem zaczęłam bawić się maszyną do szycia. Nie obyło się bez prucia i eksperymentów, złorzeczenia na plączące się nitki i walki z igłami, ale powoli oswajam to stare urządzenie, które należało do mojego dziadka. Jak ktoś miał styczność z takim lub podobnym Singerem, nie obrażę się, jeśli coś doradzi lub podpowie ;) Na razie dopiero się zaprzyjaźniamy i mam nadzieję, że nie będzie to trudna przyjaźń...
Życzcie mi powodzenia!
A i na końcu przedstawiam naszego nowego towarzysza. Teraz już nie będę mogła zostawiać haftu na kanapie, jeśli nie będę chciała mieć w nim kilku dodatkowych dziurek ;)
niedziela, 4 września 2016
Potworzenie na całego
Umiejętność szycia na maszynie zawsze mi się wydawała czymś w rodzaju wiedzy tajemnej dla cierpliwych i wierzących, że w końcu po iluś błędach przyjdzie sukces. Nie raz z resztą przebąkiwałam o tym na blogu, że chciałabym się nauczyć szyć, ale mimo wszystko jakoś nie po drodze mi było, jakoś niepewnie się z tym pomysłem czułam. No i jeszcze samo narzędzie by się do tego przydało ;)
Niezależnie od wahań wciąż mnie twórczo nosi i lubię od czasu do czasu sprawdzić czy z pomysłu, który chodzi mi po głowie, coś by jednak wyszło. Po urlopie, oczyszczeniu umysłu i porządnym zmęczeniu się w Bieszczadach i lenistwie nad Bugiem, w końcu dojrzałam do działania. I w tym momencie muszę Wam się przyznać do pewnej słabości... bardzo babskiej w sumie. Czasem zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, kiedy mogę uzupełnić swoją szafę o kilka nowych ubrań. Nie byłoby to większym problemem, gdybym też przy okazji pozbyła się kilku rzadko noszonych rzeczy. A tak czegoś przybędzie, coś nie do końca mi się podoba, coś źle leży... i tak szuflada przestaje się domykać, a M. mruczy, żebym w końcu zrobiła z tym porządek.
Kiedy tak robiłam ostatnio przegląd półek, wpadła mi w rękę koszula, którą kiedyś od kogoś dostałam i nigdy jej nie założyłam. Zawsze marzyło mi się, żeby spróbować uszyć torbę i pomyślałam, że ten materiał może się do tego nadać. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni wykrój, pobawić się nożyczkami, uzbroić się w cierpliwość, zapas nitki i dobrą igłę i do dzieła.
Koszula ma guziki, więc musiałam popracować trochę nad zszyciem planowanego przodu i tyłu, do tego do planowanej podszewki doszyłam małą kieszonkę i zabrałam się za zszywanie wszystkiego.
Na chwilę obecną całość wygląda tak. Z przodu dwie kieszonki idealnie sprawdzą się jako miejsce na różne drobiazgi. Zostało mi jeszcze obrobienie góry torby i doszycie paska. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może dorobię jeszcze jakieś zapięcie.
Powiem szczerze, że kiedy zaczynałam, nie zależało mi na jakimś spektakularnym efekcie. Chciałam po prostu zmierzyć się z tym pomysłem i sprawdzić, czy będę w stanie ręcznie uszyć coś takiego. Jak widać, da się ;)
Jak już zaczęłam pracować nad torbą i szyć ją ręcznie, nie mogłam się powstrzymać i poszłam za ciosem. Zapisałam się na warsztaty szyciowe, podczas których mogłam nauczyć się podstaw szycia na maszynie i przy okazji uszyć sobie spódnicę. Warsztaty odbyły się wczoraj w niezwykle klimatycznym miejscu, nad Stawem Otwartym w Warszawie Radość, a poprowadziła je Klara, która prowadzi bloga A Robot Heart - szczerze polecam Wam tam zajrzeć, bo Klara, która najpierw nauczyła się szyć dla siebie, a teraz zdarza jej się też szyć dla innych, tworzy naprawdę piękne rzeczy. No i pisze o tym w bardzo fajny sposób, pokazując swoje dzieła na pięknych zdjęciach. Atmosfera na warsztatach była fantastyczna, Klara miała dla nas dużo rad i całe morze cierpliwości ;) Dzięki niej na koniec dnia mogłyśmy pochwalić się takimi skarbami:
Być może nie jest to najbardziej idealnie uszyta spódnica i muszę jeszcze popracować nad jej wykończeniem, ale chyba złapałam bakcyla i teraz już tak łatwo z szycia na maszynie nie zrezygnuję. Czas zacząć ćwiczyć, uczyć się i sprawdzić, czy jestem wystarczająco cierpliwym człowiekiem ;)
Na hafciarskim froncie też trochę się dzieje. Jak na razie nie pojawił się żaden nowy wzór na horyzoncie, jestem wierna Randalowi Spanglerowi i jest szansa, że w tym tygodniu skończę siódmą stronę. Ostatnio postęp prac wyglądał tak:
Uff, nawet nie wiecie, jak lubię tworzyć nowe rzeczy :)
Niezależnie od wahań wciąż mnie twórczo nosi i lubię od czasu do czasu sprawdzić czy z pomysłu, który chodzi mi po głowie, coś by jednak wyszło. Po urlopie, oczyszczeniu umysłu i porządnym zmęczeniu się w Bieszczadach i lenistwie nad Bugiem, w końcu dojrzałam do działania. I w tym momencie muszę Wam się przyznać do pewnej słabości... bardzo babskiej w sumie. Czasem zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, kiedy mogę uzupełnić swoją szafę o kilka nowych ubrań. Nie byłoby to większym problemem, gdybym też przy okazji pozbyła się kilku rzadko noszonych rzeczy. A tak czegoś przybędzie, coś nie do końca mi się podoba, coś źle leży... i tak szuflada przestaje się domykać, a M. mruczy, żebym w końcu zrobiła z tym porządek.
Kiedy tak robiłam ostatnio przegląd półek, wpadła mi w rękę koszula, którą kiedyś od kogoś dostałam i nigdy jej nie założyłam. Zawsze marzyło mi się, żeby spróbować uszyć torbę i pomyślałam, że ten materiał może się do tego nadać. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni wykrój, pobawić się nożyczkami, uzbroić się w cierpliwość, zapas nitki i dobrą igłę i do dzieła.
Koszula ma guziki, więc musiałam popracować trochę nad zszyciem planowanego przodu i tyłu, do tego do planowanej podszewki doszyłam małą kieszonkę i zabrałam się za zszywanie wszystkiego.
Na chwilę obecną całość wygląda tak. Z przodu dwie kieszonki idealnie sprawdzą się jako miejsce na różne drobiazgi. Zostało mi jeszcze obrobienie góry torby i doszycie paska. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może dorobię jeszcze jakieś zapięcie.
Powiem szczerze, że kiedy zaczynałam, nie zależało mi na jakimś spektakularnym efekcie. Chciałam po prostu zmierzyć się z tym pomysłem i sprawdzić, czy będę w stanie ręcznie uszyć coś takiego. Jak widać, da się ;)
Jak już zaczęłam pracować nad torbą i szyć ją ręcznie, nie mogłam się powstrzymać i poszłam za ciosem. Zapisałam się na warsztaty szyciowe, podczas których mogłam nauczyć się podstaw szycia na maszynie i przy okazji uszyć sobie spódnicę. Warsztaty odbyły się wczoraj w niezwykle klimatycznym miejscu, nad Stawem Otwartym w Warszawie Radość, a poprowadziła je Klara, która prowadzi bloga A Robot Heart - szczerze polecam Wam tam zajrzeć, bo Klara, która najpierw nauczyła się szyć dla siebie, a teraz zdarza jej się też szyć dla innych, tworzy naprawdę piękne rzeczy. No i pisze o tym w bardzo fajny sposób, pokazując swoje dzieła na pięknych zdjęciach. Atmosfera na warsztatach była fantastyczna, Klara miała dla nas dużo rad i całe morze cierpliwości ;) Dzięki niej na koniec dnia mogłyśmy pochwalić się takimi skarbami:
![]() | |
| fot. Bartek Kik (zdjęcie zapożyczone z: https://www.facebook.com/arobotheart/) |
Mam swoją własną szytą na kole spódnicę z zakładkami, która ma nawet wszyte kieszenie :D Jestem z siebie dumna ;)
Być może nie jest to najbardziej idealnie uszyta spódnica i muszę jeszcze popracować nad jej wykończeniem, ale chyba złapałam bakcyla i teraz już tak łatwo z szycia na maszynie nie zrezygnuję. Czas zacząć ćwiczyć, uczyć się i sprawdzić, czy jestem wystarczająco cierpliwym człowiekiem ;)
Na hafciarskim froncie też trochę się dzieje. Jak na razie nie pojawił się żaden nowy wzór na horyzoncie, jestem wierna Randalowi Spanglerowi i jest szansa, że w tym tygodniu skończę siódmą stronę. Ostatnio postęp prac wyglądał tak:
Uff, nawet nie wiecie, jak lubię tworzyć nowe rzeczy :)
niedziela, 15 lutego 2015
Jamnik Wielce Miłościwy zaprasza ;)
Walentyki to taki specyficzny dzień... Niezbyt polski, z inwazją różu i serduszek z każdej możliwej strony, prowokujący zachowania, które powinny budzić się w człowieku jednak trochę częściej niż raz do roku. Single z reguły na niego psioczą, pary mają pretekst, żeby zrobić coś innego niż na co dzień. Nigdy nie wydawał mi się na tyle ważny, żeby jakoś szczególnie go obchodzić czy świętować, ale zawsze prowokował mnie do tego, żeby przygotować coś małego z tej okazji. I podobnie było w tym roku.
M. jest między innymi fanem jamników, w związku z czym wykorzystałam tę sympatię i przygotowałam coś, co miało być breloczkiem do kluczy. Teraz podejrzewam, że drobiazg będzie bardziej stacjonarny, bo "za bardzo się zszarga" i "szkoda go"... no ale może zacznijmy od początku ;)
Przedstawiam Wam Jamnika Wielce Miłościwego.
Na początku trzeba jednak było stworzyć jakiś plan działania, stworzyć wzór i sprawdzić, czy w skrzynce ze skarbami do szycia znajdę wszystkie potrzebne materiały.
Potem musiałam znaleźć ołówek...
...i trzymać się krawędzi ;)
Z napisem trochę mi się zeszło, ale nie było źle. Jeszcze tylko uszy i nos, który jednak został zastąpiony zwykłą czarną muliną...
...chwila skupienia, uważne szycie, trzeba koniecznie zapleść smycz, żeby stworzenie nie uciekło. I voila!
Jamnik wita :)
Nie należy do olbrzymów, ale komu by to przeszkadzało...
P.S. Co do haftowanej kartki, to zgodnie z założeniami postcrossingu kartka powinna dotrzeć do adresata w ciągu 60 dni - potem się przedawnia. Niestety już minęło ponad 90 dni, a ja nadal nie dostałam informacji, że przesyłka dotarła na miejsce. No nic, mam tylko nadzieję, że nie wylądowała w koszu, że może po prostu odbiorca zapomniał ją zarejestrować albo przygarnął ją ktoś inny... Jednak trudno wysyła się pocztówki jako polecone (na pocztówce już w ogóle nie byłoby miejsca na jakąkolwiek treść przy tych wszystkich naklejkach), wysyłam je z reguły jedynie z naklejką "priorytet". Mój błąd w tym wypadku, bo ta kartka poszła w kopercie...
M. jest między innymi fanem jamników, w związku z czym wykorzystałam tę sympatię i przygotowałam coś, co miało być breloczkiem do kluczy. Teraz podejrzewam, że drobiazg będzie bardziej stacjonarny, bo "za bardzo się zszarga" i "szkoda go"... no ale może zacznijmy od początku ;)
Przedstawiam Wam Jamnika Wielce Miłościwego.
Na początku trzeba jednak było stworzyć jakiś plan działania, stworzyć wzór i sprawdzić, czy w skrzynce ze skarbami do szycia znajdę wszystkie potrzebne materiały.
Potem musiałam znaleźć ołówek...
...i trzymać się krawędzi ;)
Z napisem trochę mi się zeszło, ale nie było źle. Jeszcze tylko uszy i nos, który jednak został zastąpiony zwykłą czarną muliną...
...chwila skupienia, uważne szycie, trzeba koniecznie zapleść smycz, żeby stworzenie nie uciekło. I voila!
Jamnik wita :)
Nie należy do olbrzymów, ale komu by to przeszkadzało...
P.S. Co do haftowanej kartki, to zgodnie z założeniami postcrossingu kartka powinna dotrzeć do adresata w ciągu 60 dni - potem się przedawnia. Niestety już minęło ponad 90 dni, a ja nadal nie dostałam informacji, że przesyłka dotarła na miejsce. No nic, mam tylko nadzieję, że nie wylądowała w koszu, że może po prostu odbiorca zapomniał ją zarejestrować albo przygarnął ją ktoś inny... Jednak trudno wysyła się pocztówki jako polecone (na pocztówce już w ogóle nie byłoby miejsca na jakąkolwiek treść przy tych wszystkich naklejkach), wysyłam je z reguły jedynie z naklejką "priorytet". Mój błąd w tym wypadku, bo ta kartka poszła w kopercie...
sobota, 18 stycznia 2014
W głowie mi gra :)
Przez chwilę zastanawiałam się, od czego zacząć i doszłam do wniosku, że jednak nie samym haftem człowiek żyje ;) Chociaż krzyżyki skutecznie potrafią zrelaksować, szczególnie w połączeniu z jakimś lekkim, nie wymagającym myślenia filmem, to mimo wszystko czas można miło spędzać i w inny sposób.
No właśnie, a propos myślenia... Jakiś czas temu nie byłam pewna, czy będę jeszcze potrafiła się uczyć, ale egzamin, który pisałam w zeszły weekend udowodnił mi, że nawet jeśli się czasem człowiekowi nie chce, to szare komórki bywają wdzięczne za próbę ich rozruszania chociaż raz na jakiś czas ;) Egzamin poszedł dobrze, a w sobotę zostałam nagrodzona dodatkowo - z M., który od Świętego Mikołaja dostał bilety, wybraliśmy się na fantastyczny koncert pewnej młodej duńskiej artystki, Agnes Obel.
Nie wiem czy potrafię ładnie pisać o dźwiękach (dużo lepiej wykształcony w tym kierunku jest M.), ale na pewno mogę powiedzieć, że Agnes to artystka o niezwykłym głosie, tworząca piękną, nastrojową muzykę. W bardziej melancholijne dni towarzyszy mi prawie zawsze, w te pełne spokoju, kiedy tęsknię za niespiesznie płynącymi myślami, też sięgam po Obel. Jej utwory mają w sobie to coś, co sprawia, że kiedy usłyszałam je na żywo w warszawskim Palladium, po całym moim ciele przebiegły dreszcze i nie byłam w stanie oderwać wzroku od sceny. Ta wiolonczela, ten wokal...
Po prostu posłuchajcie :)
I zakochajcie się w jej muzyce tak, jak ja to zrobiłam.
A co dzieje się w moim małym hafciarskim światku? Od Świąt minęło już trochę czasu, ale ja chciałabym Wam pokazać, co tym razem udało mi się wyczarować jako prezent pod choinkę :)
M. należy do osób, które lubią mieć porządek w różnych przydasiach noszonych w plecaku, w związku z czym postanowiłam spróbować swoich sił w ręcznym szyciu (do maszyny wciąż się nie zbliżam - może jeszcze kiedyś uda mi się znaleźć na to trochę czasu i chęci i nauczyć się porządnie szyć) i przygotować coś, co mogłoby ułatwić mu te porządki. Jak już wiecie, Margaret Sherry to autorka, której wzory mogłabym wykorzystywać do najprzeróżniejszych projektów - tak, sięgnęłam po nią i tym razem ;) M. z reguły z aparatem się nie rozstaje, większą sympatią darzy koty niż psy, więc wybór właściwie nasunął się sam.
Niesamowicie kolorowy i radosny, pozytywnie nastrajający i pełen energii. Właśnie o coś takiego mi chodziło. Ale to była dopiero pierwsza część mojego małego projektu.
W drugiej kolejności zabrałam się za poszukiwanie odpowiedniego materiału na saszetkę, którą chciałam uszyć. Wybór padł na gruby szary filc, różniący się tym od zwykłego, w który zaopatruję się z reguły w Empiku i który idealnie nadaje się na zakładki, że się tak nie rozciąga i nie wyciera. Do tego w zapasach znalazłam odpowiedni suwak et voila, zestaw roboczy gotowy.
Teraz pozostało już tylko szycie.
Suwak był nieco przydługi, ale nie chciałam go skracać, bo nie byłam pewna, jak to się skończy i czy czegoś nie zepsuję, więc zawinęłam go i wszyłam do środka razem ze szwem z boku. Ładnie się schował i nie przeszkadza.
Nieco asymetryczna, ale mi taki efekt się podoba. W pierwszy dzień świąt dołączyła do reszty kociego stada i jest już w użyciu :)
Jak widać, szycie wcale nie jest takie straszne ;) A ja mam już kolejne pomysły na tego typu rzeczy. Ale na razie zaczęłam kolejny obrazek Nimue - nie mogłam się powstrzymać.
P.S. Dziewczyny, nieco spóźnione "dziękuję" za życzenia noworoczne :)
No właśnie, a propos myślenia... Jakiś czas temu nie byłam pewna, czy będę jeszcze potrafiła się uczyć, ale egzamin, który pisałam w zeszły weekend udowodnił mi, że nawet jeśli się czasem człowiekowi nie chce, to szare komórki bywają wdzięczne za próbę ich rozruszania chociaż raz na jakiś czas ;) Egzamin poszedł dobrze, a w sobotę zostałam nagrodzona dodatkowo - z M., który od Świętego Mikołaja dostał bilety, wybraliśmy się na fantastyczny koncert pewnej młodej duńskiej artystki, Agnes Obel.
![]() |
| (zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.agnesobel.com) |
Po prostu posłuchajcie :)
I zakochajcie się w jej muzyce tak, jak ja to zrobiłam.
A co dzieje się w moim małym hafciarskim światku? Od Świąt minęło już trochę czasu, ale ja chciałabym Wam pokazać, co tym razem udało mi się wyczarować jako prezent pod choinkę :)
M. należy do osób, które lubią mieć porządek w różnych przydasiach noszonych w plecaku, w związku z czym postanowiłam spróbować swoich sił w ręcznym szyciu (do maszyny wciąż się nie zbliżam - może jeszcze kiedyś uda mi się znaleźć na to trochę czasu i chęci i nauczyć się porządnie szyć) i przygotować coś, co mogłoby ułatwić mu te porządki. Jak już wiecie, Margaret Sherry to autorka, której wzory mogłabym wykorzystywać do najprzeróżniejszych projektów - tak, sięgnęłam po nią i tym razem ;) M. z reguły z aparatem się nie rozstaje, większą sympatią darzy koty niż psy, więc wybór właściwie nasunął się sam.
Wystarczyło tylko postawić kilka krzyżyków...
...spędzić trochę czasu nad bacstitchami...
...i powstał Kot Fotograf :)
Niesamowicie kolorowy i radosny, pozytywnie nastrajający i pełen energii. Właśnie o coś takiego mi chodziło. Ale to była dopiero pierwsza część mojego małego projektu.
W drugiej kolejności zabrałam się za poszukiwanie odpowiedniego materiału na saszetkę, którą chciałam uszyć. Wybór padł na gruby szary filc, różniący się tym od zwykłego, w który zaopatruję się z reguły w Empiku i który idealnie nadaje się na zakładki, że się tak nie rozciąga i nie wyciera. Do tego w zapasach znalazłam odpowiedni suwak et voila, zestaw roboczy gotowy.
Teraz pozostało już tylko szycie.
Suwak był nieco przydługi, ale nie chciałam go skracać, bo nie byłam pewna, jak to się skończy i czy czegoś nie zepsuję, więc zawinęłam go i wszyłam do środka razem ze szwem z boku. Ładnie się schował i nie przeszkadza.
A tak prezentuje się już gotowa saszetka :)
Nieco asymetryczna, ale mi taki efekt się podoba. W pierwszy dzień świąt dołączyła do reszty kociego stada i jest już w użyciu :)
![]() |
| (zdjęcie autorstwa M.) |
Jak widać, szycie wcale nie jest takie straszne ;) A ja mam już kolejne pomysły na tego typu rzeczy. Ale na razie zaczęłam kolejny obrazek Nimue - nie mogłam się powstrzymać.
P.S. Dziewczyny, nieco spóźnione "dziękuję" za życzenia noworoczne :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







