sobota, 7 września 2013

Wstyd mi... czyli tłumaczę się

No, no... biję rekordy. Jak tak dalej pójdzie, moje wpisy będą pojawiały się coraz rzadziej, aż w końcu w ogóle zanikną. Mimo wszystko muszę Wam powiedzieć, że wcale do tego nie dążę. Zaczynam podejrzewać, że to, co przeczytałam jakiś czas temu na blogu niesamowitej dziewczyny, umieszczającej u siebie posty właściwie codziennie - a są to posty długie, pisane z poczuciem humoru i co jakiś czas bardzo pozytywnie mnie czymś zaskakujące albo pouczające - może być prawdą. Co takiego napisała? Może po prostu ją zacytuję ;)
Dlaczego zwierz pisze codziennie i skąd ma czas i pomysły?
          Zwierz pisze codziennie bo inaczej nie umie. Kiedyś próbował nie codziennie i porzucił trzy blogi. Skąd ma czas nie wie i woli się nie zastanawiać bo pewnie wyjdzie, że coś go niesłychanie ważnego w życiu ominęło. A pomysły? Przychodzą do zwierza zawsze kiedy szczotkuje zęby co sprawia, że zwierz co raz bardziej dba o higienę ust. W większości przypadków pojawia się jedno pytanie, jeden wątek i jedna kwestia. Zwierz nosi je cały dzień w głowie i wieczorem (między 22-1 w nocy) zapisuje swoje przemyślenia i tak powstaje notka.

 Jednocześnie odsyłam Was do bloga Zwierza popkulturalnego - dowiecie się tam między innymi dlaczego akurat "Zwierz", dlaczego pisze w trzeciej osobie, dlaczego robi błędy i ich nie poprawia i dlaczego czytam właściwie każdą jej notkę (mimo polonistycznego wykształcenia, które normalnie prowadzi do zgrzytania zębami, kiedy widzę stado błędów najróżniejszych w tekście) - od tych, w których pisze o angielskich serialach kręconych przez BBC (uwielbiam), przez te dotyczące niedawnych premier kinowych (świetnie napisane recenzje, polecam), przez 'cykl hejterski' dotyczący filmów nie lubianych z różnych, często subiektywnych, ale sensownych powodów, po "zwykłe" wpisy - zawsze poprawiające mi humor. To jeden z najlepszych blogów opisujących popkulturę, z jakim się zetknęłam - jego autorka ma potrzebną tu wiedzę, pasję, lekkie pióro, poczucie humoru i niesamowicie pozytywne nastawienie do świata i swoich czytelników. Jeśli tylko znajdziecie chwilę, zajrzyjcie do niej. Obiecuję, warto :) Tylko uważajcie, bo blog naprawdę wciąga ;)

Ale abstrahując od tego, co i jak pisze Zwierz - o co mi chodziło, kiedy ją cytowałam? Otóż o to, że wygląda na to, że powinnam sobie narzucić dyscyplinę, żeby nie zanikać na miesiąc. Lubię swojego bloga, to, że mogę pokazać, co ostatnio robię i lubię widywać czasem miłe komentarze pod notką. Dlatego postanowiłam się przypilnować i pisać bardziej regularnie. Możecie mnie dźgać słownie, jeśli będę się ociągać - obiecuję, nie będę się złościć ;)
A o czym będzie dziś? Dziś chcę się z Wami podzielić postępami w pracy nad większym wzorem, który wpadł mi w oko dawno i jego wydruk czekał grzecznie na półce tuż obok mojego biurka już od jakiegoś czasu. Co prawda poprzedni obrazek z tej serii wciąż leży i czeka na wykończenie (biedny UFOk), ale mam nadzieję, że dzięki temu haftowi i tamten uda mi się wreszcie wykończyć.
Przedstawiam Wam postęp prac nad elfem i jego kardynałkiem (bo to chyba ten niewielki ptak stał się elfim "wierzchowcem", o ile się nie mylę).




Zdjęcia są bardzo robocze, ale w moim hafciarskim szale chciałam jak najszybciej uwiecznić kolejne etapy pracy nad obrazkiem, bo inaczej, gdybym za bardzo się rozpędziła, jedynym zdjęciem, jakie mogłabym Wam pokazać, byłoby zdjęcie gotowego haftu.
Tak, wzór haftuje się niesamowicie przyjemnie, a jedyne, co mnie do tej pory spowalniało, to brak niektórych kolorów mulin w zbiorach. Na szczęście w czwartek przyszła do mnie paczka z pasmanterii i mogę szaleć dalej ;)
Na razie zastanawiam się nad wykorzystaniem tego obrazka jako ozdobnika na torbę. I tu pytanie do Was - nigdy wcześniej nie miałam styczności z maszyną do szycia, chociaż takowa stoi w domu i moja mama posługuje się nią całkiem sprawnie. Zastanawiam się czy któraś z Was nie ma może na stanie jakiegoś wykroju na prostą torbę? Bardzo chciałabym połączyć przyjemne z pożytecznym - oswoić się w końcu z maszyną, a przy okazji zrobić też coś ładnego, z czym można by wyjść do ludzi. Będę wdzięczna za każdą pomoc :)

W ramach postanowienia dotyczącego bardziej regularnego pisania zapowiadam, że w ciągu najbliższego tygodnia podzielę się z Wami wspomnieniami - bardziej słownymi, ale i fotograficznymi - z wypadu w Góry Stołowe. Dziękuję za wszystkie życzenia udanego wyjazdu, które w 100% się spełniły :) Było fantastycznie! Chociaż czasem męcząco ;)
A dziś życzę Wam już spokojnego wieczoru i słonecznej niedzieli - wybierzcie się na spacer albo na przejażdżkę rowerową, jeśli tylko będziecie mogły.

czwartek, 8 sierpnia 2013

W drogę!

Góry Stołowe wzywają :)

Nie chciałam zostawić bloga na kolejne dwa tygodnie bez najmniejszego znaku życia, a do tego przyjemnie jest podzielić się niecierpliwym oczekiwaniem na wyjazd. Jutro o 7 rano startujemy w góry - już się nie mogę doczekać!
Obiecuję, napiszę więcej po powrocie :)

A poza tym dziękuję za te wszystkie cudowne komentarze pod poprzednim wpisem, cieszę się, że zielnikowa kolekcja Wam się podoba. Co do innych kwestii...
Aldia Arcadia, rowerowe masy krytyczne organizowane są nie tylko w stolicy - sprawdź, może w Twojej okolicy też co miesiąc gromadzą się ludzie i pokazują, że i rowerom warto poświęcić trochę uwagi. Zajrzyj na tę stronę: http://www.rowery.org.pl/masa.htm :)
Kasia parkview, właściwie od kiedy skończyłam 2 lata, jeżdżę nad Bug do Mierzwic - niewielkiej wsi, która głównie składa się ze skrzyżowania, domów miejscowych i zadomowionych przyjezdnych i obecnie niszczejących, a kiedyś świetnie prosperujących ośrodków. I chociaż miejsce się zmienia, to już zawsze będę je uważała za swoje - to taki drugi dom dla mnie :)
Meri, u mnie też nie ma gdzie wieszać haftów - w domu same skosy ;p Dlatego takie obrazki haftuję innym. Przyjemnie się to później u kogoś ogląda :)

Udanych najbliższych dwóch tygodni Wam życzę!

niedziela, 4 sierpnia 2013

Lenistwo... czyli upały mnie pokonały

Nie wiadomo kiedy przyszło lato... Przyszło, rozsiadło się w ogrodzie, rozgrzało dach i wtłoczyło do wnętrz gorące powietrze. Pracowite dni zlały się w jedno z bardziej leniwymi wieczorami, zabieganymi wolnymi dniami tygodnia, czasem spędzanym byle dalej od komputera i wszystkich związanych z nim spraw.
To głównie dlatego zaniknęłam na jakieś półtora miesiąca. Pokonała mnie niechęć do spisywania myśli, dzielenia się hafciarskimi postępami i innymi codziennymi przyjemnościami i zmartwieniami. Na szczęście problemy udało mi się opanować, chociaż czasem jeszcze dopada mnie wewnętrzny krytyk i sprawia, że uśmiech zamiera na twarzy. No cóż, zdarzają się i takie chwile. Ale na szczęście radosne momenty też pomagają :)
W lipcu udało mi się wyciągnąć grupę sprawdzonych znajomych nad Bug, pod wschodnią granicę, gdzie przez cztery dni odpoczywaliśmy, relaksowaliśmy się, graliśmy w badmintona, planszówki, moczyliśmy nogi w rzece, wędrowaliśmy po nadbużańskich łąkach i było głośno, było wesoło, domek rozbrzmiewał muzyką, śmiechem, a kiedy wróciliśmy (z pociągowymi przygodami) do stolicy, każde z nas miało wrażenie, że wraca z długiego i naprawdę przyjemnego urlopu. Tego właśnie było nam potrzeba :) Czasu dla siebie, gdzie nikt nikogo do niczego nie zmuszał, gdzie każdy mógł odpoczywać tak, jak miał na to ochotę, a jak pojawiła się złość czy rozdrażnienie, przestrzeń wokół pozwalała na chwilę samotności i czas na zaczerpnięcie głębszego oddechu. Uwielbiam ten mały nadbużański azyl :)


I haft trochę ucierpiał podczas tych upalnych dni, chociaż starałam się, żeby wszystkie prace nie utknęły w martwym punkcie. Powoli pracuję nad niespodziankami z okazji "podaj dalej" - przepraszam dziewczyny, że musicie tyle czekać. Wiedzcie, że o Was pamiętam i nie próżnuję. Proszę, uzbrójcie się w jeszcze odrobinę cierpliwości.
Muszę się jednak podzielić z Wami jedną naprawdę radosną rzeczą - udało mi się zakończyć projekt, który zaczęłam jakieś pół roku temu :) W zeszłym tygodniu skończyłam haftować ostatni z zielnikowych obrazków :D Trochę czasu mi zajęło dokrzyżykowanie tych kilku kwiatków i uzupełnienie pomniejszych kolorów...


...ale warto było cierpliwie nad nimi posiedzieć. Już przed oprawieniem ta niewielka stokrotka mi się podobała...




Ale efekt końcowy, kiedy już powiesiliśmy ją na ścianie, w towarzystwie pozostałych dwóch maleństw, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Razem wyglądają naprawdę dobrze :)


Mieliśmy z M. mały problem, żeby zrobić dobre zdjęcia, bo w szybkach odbijało się wnętrze kuchni albo światło lampy, ale mam nadzieję, że to, które Wam pokazuję, chociaż w jakimś stopniu oddaje ten zestaw wiszący teraz w kuchni mamy M.
A na ścianie obok wiszą nieco bardziej wyrośnięte rośliny, skończone i oprawione już jakiś czas temu.


Dla przypomnienia - wszystkie sześć obrazków haftowałam na lnie obrazkowym 25 ct, kolor kość słoniowa, muliną DMC. Muszę powiedzieć, że naprawdę polubiłam haft na lnie - jest to materiał, który idealnie pasuje do tego typu wzorów, nie wyobrażam sobie tego zielnika wykonanego na zwykłej Aidzie. Jeśli tylko będę haftować coś podobnego, sięgnę właśnie po len obrazkowy. W swoich skromnych zapasach mam jeszcze len 35 ct... kto wie, może z czasem pojawi się na nim któryś z malowniczych wzorów Nimue :)

Żeby nie było, że cały ubiegły miesiąc spędziłam na lenistwie, żegnam Was zdjęciem z lipcowej Warszawskiej Masy Krytycznej. Tu z kolegą kotem ;)


Jazda ulicami Warszawy, którymi normalnie jeździ mnóstwo samochodów, jest nieodmiennie niezwykłą przyjemnością ;) Kolejna Masa rusza już 30 sierpnia - szczerze polecam udział w niej.
Spokojnego tygodnia wszystkim :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Najkrótsza noc w roku i zieleń

No dobrze, mamy poniedziałek, niezbyt późną wieczorową porę, właściwie początek tygodnia, a ja... najchętniej poszłabym już spać. Nie wiem czy to starzenie się ;), czy może weekendowe nocne szaleństwo w stolicy. W ciągu tych kilu dni w Warszawie na stadionie zagrał Paul McCartney (nie było mnie tam, ale czytałam i słyszałam bardzo dużo pozytywnych opinii), miasto zamieniło się w jedną wielką koncertownię z okazji Święta Muzyki i w różnych, czasem zaskakujących puntach stolicy można było trafić na zespoły dzielące się z przechodniami swoją grą, a do tego miał miejsce pierwszy Big Book Festival, na który - wstyd i hańba! - niestety właściwie nie zawitałam, a w tylu niezwykłych akcjach i wydarzeniach można było wziąć udział, tyle miejsc można było odwiedzić :( W ciągu dnia niestety nie było na to czasu, do Warszawy zawitałam dopiero w sobotę wieczorem, żeby wybrać się ze znajomymi na Wianki nad Wisłą. Dawno nie widziałam takich tłumów na ulicach... Ludzie strumieniami płynęli w kierunku Nowego Miasta i Parku Fontann na Podzamczu, po drodze można było kupić watę cukrową (nie mogłam się powstrzymać - ma się w sobie jeszcze tę odrobinę dziecka ;) ), balony z helem i inne, mniej lub bardziej kiczowate, zabawki, a do tego na Podzamczu rozstawiono potężną scenę, na której grały różne zespoły. My skupiliśmy się jednak na wspólnym spędzeniu czasu i oczekiwaniu na... pokaz sztucznych ogni ;) Muszę Wam powiedzieć, że ten niezwykły rytm żyjącego nocą miasta ma swój nieodparty urok... Nadwiślańskie bulwary pełne ludzi, dochodząca od strony sceny muzyka zespołu The Pink Floyd UK (kawałki z filmu The Wall słyszane "na żywo", mimo że covery - przyjemny to bonus, nie powiem), ciepła noc i dobrzy znajomi to coś, dla czego warto jest położyć się do łóżka o 4:15 ;)
Zdjęć niestety nie ma, bo aparat został w domu, a telefon nie nadaje się do niczego w tej kwestii...

A poza tym... pisałam ostatnio, że za tydzień albo dwa skończę kolejny zielnikowy obrazek, prawda? Hm... no to skończyłam go w piątek. I wczoraj wisiał już na swoim miejscu w kuchni. Dla sprostowania - nie mojej ;) Ja jestem tylko skromnym wykonawcą obrazków, kuchnia należy do mamy mojego M. i to ona tak sobie wymyśliła całość. Muszę powiedzieć, że wybór był bardzo dobry :) Znów stwierdzam to oczywiście skromnie ;)
A jak się prezentuje głóg? Ano tak...


Z dojrzałymi jagodami zwieszającymi się z gałązek...




...lekko pochylony. I niezwykle drobny.



Lubię ten intensywniejszy kolor wmieszany w delikatne, zielone listki - przykuwa wzrok i urozmaica cały obrazek :)


Teraz został mi już tylko jeden wzór do wyhaftowania a potem będę mogła pokazać Wam już je wszystkie razem. Muszę powiedzieć, że nie mogę się już doczekać ;)

Dziękuję, że mnie odwiedzacie i dziękuję za komentarze - ostatnio właściwie nie miałam czasu (i nacięcia, aż głupio się przyznawać), żeby zaglądać na Wasze blogi, bo wiedziałam, że takie odwiedziny wciągną mnie na długie godziny... ale od dziś powoli nadrabiam zaległości. Stęskniłam się już za Waszymi cudeńkami, za dowcipnymi wpisami, życiowymi albo twórczymi radami i niepowtarzalną atmosferą każdego bloga z osobna. Czas wrócić do tej wirtualnej rzeczywistości... Ale na razie życzę Wam spokojnego wieczoru i wracam do książki ;] Dziennik Mai Idabel Allende się czyta.

środa, 19 czerwca 2013

Na łące...

Grube mury biblioteki mają to do siebie, że kiedy tuż po otwarciu czy popołudniową porą, tuż po pracy albo w ciągu dnia zaglądają do nas ludzie zabiegani, zmęczeni lub wracający ze spaceru z dzieckiem i mają na sobie krótkie spodenki, zwiewne sukienki, kwieciste spódnice i bluzki na ramiączkach, dociera do mnie, że moje jeansy i koszula z rękawem 3/4 wyglądają nieco dziwnie. A ja w torbie kryję jeszcze dodatkowy sweterek, który mogłabym na siebie narzucić, gdyby zrobiło mi się chłodno... Uderza mnie wtedy myśl, że podczas gdy ja siedzę wśród książek (które kocham, temu nie przeczę) od rana do wieczora, inni cieszą się słońcem, błękitnym niebem, bujną zielenią... i w bonusie mniej pozytywną chmarą komarów czających się w cieniu ;)
Nie jest to pocieszająca myśl, ale dziś udało mi się wyjść z pracy wcześniej i ten czas wykorzystałam na mały spacer po okolicy.
 
(w kieszeni miałam tylko telefon, więc zdjęcie jest bardzo
marnej jakości, ale było ładnie - uwierzcie na słowo ;) )

 Krótki, żeby krwiopijcy nie pożarli mnie żywcem, ale bateryjki naładowały się na tyle, że wróciła mi chęć, żeby podzielić się w Wami tym, co się ostatnio u mnie dzieje na hafciarskim gruncie :)
Praca nad biscornu na razie stoi w miejscu, ale za to dalej pracowicie dostawiam kolejne krzyżyki do ziołowo-zielnikowych obrazków. Kiedy przypominam sobie, jak opornie szły mi początki i jak długo męczyłam się nad pierwszym obrazkiem, stwierdzam, że lenistwo przerodziło się w "motorek" w palcach ;) Bo czwarty, tym razem dużo mniejszy obrazek, trafił już do jego nowej właścicielki i cieszy oko, wisząc na ścianie.
A jeszcze przed powieszeniem prezentował się tak:


Niezbyt duży to tymianek, listki ma drobne, delikatne kwiatki jeszcze drobniejsze, ale mimo wszystko jego haftowanie nie było aż taką katorgą, jak mi się wydawało na początku. Tak, bo krzyżyki są naprawdę malutkie...


Kilka dni później był już oprawiony i wisiał na ścianie :)


Na razie jeszcze w otoczeniu dwóch drukowanych obrazków, ale podejrzewam, że za tydzień lub dwa dołączy do niego głóg dwuszyjkowy. Zaczęłam go haftować jakby siłą rozpędu i dziś, poza kilkoma szarymi pociągnięciami igłą brakuje tylko drobnych różowych kuleczek ukrytych wśród listków.


Bałam się, że haftowanie sześciu podobnych obrazków w niezbyt żywych kolorach w którymś momencie sprawi, że nie będę mogła już na nie patrzeć, ale przyjemnie się pomyliłam :) Haftuje się je dobrze, nawet jeśli trzy ostatnie obrazki wymagają ode mnie sokolego wzroku i cierpliwości. No i dobrego oświetlenia... Na szczęście zbliża się najkrótsza noc w roku, więc słońca i światła dziennego nie brakuje ;)
Dzięki temu mogę Wam też pokazać, jak dumnie, spokojnie i zielono prezentuje się gotowa już trójka - portlaka, wiciokrzew pomorski i koniczyna.


Zabrzmi to może niezbyt skromnie, ale efekt końcowy naprawdę mi się podoba... Co powiecie?


Żegnam Was zielnikowo, witając jednocześnie nowych obserwatorów - cieszę się, że znaleźliście tu coś dla siebie :) I idę dostawić kilka krzyżyków na lnie ;)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Czarownice i czas

Siedząc w środę w pracy i przeglądając różne obowiązkowe rzeczy, spojrzałam w którymś momencie na kalendarz i dopiero wtedy do mnie dotarło, że... mamy już czerwiec. Ostatni miesiąc szkoły, zbliżające się lato, "wakacje", rosnące temperatury, wyjazdy i bardziej relaksujące weekendy (w domyśle, bo nie wiadomo jak to wyjdzie w praktyce) poza miastem. A od września, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, kolejne studia, tym razem podyplomowe ;) Żeby nie zapeszyć, na razie nic więcej nie napiszę. Papiery złożyłam, do końca czerwca powinnam zostać jeszcze zaproszona na rozmowę, podczas której sprawdzą czy faktycznie chcę się zajmować właśnie tym i dlaczego. No i czy się do tego nadaję ;)

W związku z tym ostatnio poza pracą byłam nieco zabiegana, w drodze podczytywałam książki, wieczorami włączałam sobie serial (ostatnio Ripper Street) i nadrabiałam krzyżyki. Czwarty kuchenny obrazek z tymiankiem (w końcu zebrałam się w sobie, sięgnęłam po słownik i sprawdziłam, jakie rośliny haftuję ;) wstyd...) powinien niedługo dołączyć do swoich większych kolegów - koniczyny, portulaki i wiciokrzewu pomorskiego. Do wyhaftowania zostaną jeszcze stokrotka i głóg dwuszyjkowy. Tymianek pokażę Wam przy następnej okazji, jak już dokończę kwiatki na czubkach gałązek, co powinno nastąpić dziś wieczorem albo jutro rano.
W przerwie między kolejnymi delikatnymi płatkami szykuję też drobiazgi związane z akcją Podaj dalej - dziewczyny, musicie uzbroić się w cierpliwość, bo jeszcze chwilę mi to zajmie (niestety raczej dłuższą niż krótszą), ale mam nadzieję, że efekt końcowy Wam się spodoba :) A poza tym zatęskniłam za niewielkimi formami... Jakiś czas temu na hafciarskim forum pojawiły się wzory na biscornu, pełne kwiatów, wesołych stworzeń i przekornych istot. Wiem, że to nie ta pora, ale nie mogłam się powstrzymać i sięgnęłam po wzór haloweenowy ;)


Wesołe czarownice, zakręcone koty i dynie, z których przy okazji można przygotować pyszne złociste placki, to coś, co zawsze wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Mniej więcej taki ;)


Kot z czasem uzbroi się jeszcze w wąsy, ale na razie niech wystarczą mu te rozbiegane oczka.



Zmodyfikowałam nieco kolory, bo nie wszystkie mam na stanie, a do pasmanterii jest mi ostatnio wybitnie nie po drodze, ale jeśli ktoś nie wie, o które dokładnie chodzi, prawdopodobnie nie zauważy różnicy. Mi się na razie wszystko podoba :) Całość haftuję dwiema nitkami DMC na lnie obrazkowym 35 ct - tym, który miał mi posłużyć do wyhaftowania mniejszych obrazków do kuchni. Moje wyliczenia niestety okazały się błędne, więc będę go wykorzystywać inaczej. Płótno jest gęsto plecione, ale równe i podoba mi się to, jak układają się na nim nitki. Przy biscornu też powinno się sprawdzić... Postaram się efektami podzielić jak najszybciej :)

Witam nowych gości na moim blogu, miło Wam tu widzieć :) Postaram się nadrobić zaległości, a teraz żywę Wam już spokojnego wieczoru ;)

czwartek, 30 maja 2013

Twórczo :)

Ostatnio chwaliłam się przepięknymi upominkami, które przyleciały do mnie od Magdy, dlatego dla odmiany dziś będzie o tym, co się ostatnio haftuje u mnie :) A trochę krzyżyków w mijającym miesiącu powstało...
Po pierwsze nadgoniłam zaległości, skończyłam smoka (którego pokazałam Wam już wcześniej) i dzięki jego pomocy udało mi się stworzyć mały urodzinowy upominek dla przyjaciółki :)

 

Przez chwilę zastanawiałam się, jak wykończyć zeszyt - czy odmienić całą okładkę, czy ograniczyć się do stworzenia czegoś prostego i przyjemnego dla oka, a do tego w miarę praktycznego. Zależało mi na tym, żeby obrazek nie postrzępił się na brzegach i nie uszkodził. W ruch poszedł więc sprawdzony już wielokrotnie klej introligatorski, zielona tasiemka i voila!
Notes na nowe pomysły, opowiadania, "złote myśli", krótkie (albo długie) przemyślenia gotowy :) No i najważniejsze - solenizantka była prezentem zachwycona ;)


A do tego przyjemnie zaskoczona miejscem, w które zabraliśmy ją w ramach urodzin. M. znalazł w Warszawie Cafe Gra - kawiarnię pełną gier planszowych, telewizyjnych i "plenerowych", w której można też coś zjeść albo się czegoś smacznego napić. Muszę Wam powiedzieć, że czasem przyjemnie jest poczuć się jak dziecko - zapomniałam już, jaką frajdę sprawiają planszówki rozgrywane ze znajomymi, ile jest przy tym śmiechu i zabawy. Świetne miejsce :) Szkoda tylko, że dosyć daleko od centrum...
Aha, Karolina dostała ode mnie nie tylko haftowany zeszyt... ale i tort, który obiecałam jej już jakiś czas temu. Tort Pavlova :) Przepis jak zwykle pochodzi od Strawberries from Poland i muszę się przyznać, że korzystałam z niego dopiero drugi raz. Wciąż doskonalę technikę, staram się, żeby wszystko wyglądało (i nie tylko wyglądało) apetycznie i chyba tym razem mi się udało. Do domu w każdym razie wróciłam z pustym talerzem, a znajomi podczas jedzenia dopytywali się o przepis ;)


Zabawa była iście młodzieżowa, więc i świeczki
pasowały do imprezy ;)

Poza smokiem skończyłam też ostatnio trzeci ziołowy obrazek do kuchni :)
Początkowo wydawało mi się, że kolory są zbyt blade i, szczerze mówiąc, niezbyt ładne, ale kiedy postawiłam na kanwie już ostatnie krzyżyki, zmieniłam zdanie. Brązy idealnie współgrają z zieleniami i całość wygląda naprawdę przyjemnie. Już się nie mogę doczekać, kiedy zobaczę wszystkie trzy obrazki wiszące razem na ścianie :)



Ponieważ dobrze mi się haftowało tę roślinę, stwierdziłam, że od razu zabiorę się za kolejną. Z całego kompletu do kuchni do wyhaftowania zostały mi jeszcze trzy mniejsze wzory, chociaż ich rozmiary tak naprawdę różnią się od większych obrazków tylko tym, że krzyżyki stawiam na lnie co jedną kratkę. Na początku planowałam je wyhaftować na lnie obrazkowym 35 ct co 2 kratki, ale potem okazało się, że nie zmieszczą się w passe-partout... Został więc len 25 ct i haftowanie w ciągu dnia, bo w tym wypadku krzyżyki są naprawdę drobne, stawiane jedną nitką.
Macie tu zdjęcie dla porównania - len ten sam, obrazki w pionie i w poziomie mają mniej więcej po tyle samo krzyżyków.


 Dziś prace są nieco bardziej zaawansowane, ale wciąż zostało trochę do zrobienia.



Co jeszcze trafiło ostatnio pod moją igłę? Niewielki taneczny wzór :) Skoro len 35 ct w kolorze kości słoniowej leżał i czekał na zlitowanie, postanowiłam sprawdzić, jak będą się na nim prezentowali tańczący Baskowie. Muszę Wam powiedzieć, że mi efekt się podoba ;) Chociaż niektórzy mówią, że trzeba się domyślać, co tak naprawdę robią te niewyraźne postacie... Czy faktycznie nie widać, że tańczą?


Zastanawiam się czy nie spróbować naszyć ich na torbę... Chociaż w życiu żadnej nie uszyłam ;) Ale może nadszedł czas, żeby się nauczyć...

Spokojnego dłuższego weekendu Wam życzę, a jutro postaram się podsumować maj, bo trochę się u mnie działo w tym miesiącu - mniej i bardziej kulturalnie.